Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzje. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzje. Pokaż wszystkie posty
26 sierpnia 2014
Markus Zusak: Złodziejka książek (2005)
Brak mi słów.
To była moja pierwsza reakcja po zamknięciu książki.
I druga.
Kolejną było czytanie wciąż i wciąż tych samych fragmentów, które zapadły mi w pamięć, a które chciałam "doczytać", rozłożyć na cząsteczki i poskładać z powrotem, zrozumieć.
I nadal nie mam słów. Ale boję się, że odłożę tę książkę na półkę "kiedyś" i zostanie tam z kilkoma tuzinami innych, na wpół zapomniana, obdarta z emocji, które czuję teraz. Z drugiej strony nie chcę pisać tego, co napisało już wielu przede mną: że to piękna i wzruszająca historia, której narratorem jest Śmierć; że to hołd dla literatury w czasach tak strasznych i tak nieludzkich, że aż absurdalna jest tam postać małej Liesel Meminger.
A Liesel nie jest przecież żadną bohaterką, ponieważ Markus Zusak zabiera nas do świata, w którym nie ma bohaterów. Są zwykli ludzie jak sprzedawczyni w sklepie, zmęczona matka, wredna sąsiadka czy małoletni łobuz, który każdemu dokucza. Markus Zusak nie potrzebuje bohaterów, wojennych herosów, którzy walczą o dobro, czy sprzeciwiają się złu. Nie, tam w tym totalitarnym świecie nikt się nie sprzeciwia, nikt nie wychyla przed szereg.Każą upaść - upada, każą brnąć przez błoto - robi to bez szemrania, każą opluwać - staje jak najbliżej. Jeżeli walczy - to tylko z głodem.
I gdzieś tam, w tym systemie rządzonym przez chorego człowieka jest sobie ona: złodziejka książek, strząsaczka słów, która czytać uczyła się z Podręcznika grabarza. Mała dziewczynka, która wbrew rozsądkowi najbardziej pożąda... słów. Słów kojących, pozwalających uciec od głodu, brudu i strachu. Takich, które przenoszą ją w inny świat - historii dalekich od jej codzienności. Ale Liesel nie jest jedyna. Hans, jej ojciec, jak nikt potrafi grać na akordeonie. Samouk, który gra sercem. Max, ukrywający się Żyd, jest przykładem największej wrażliwości. Zaprzeczenie samo w sobie - bokser kochający smak krwi jednocześnie tworzy piękne historie, które ilustruje nieprawdopodobnie niewinnymi obrazkami. Całość porusza jakieś głębokie struny w sercu czytelnika. I wreszcie Rudy, zwariowany młokos, najlepiej grający w piłkę i najszybciej biegający, co noc przed snem marzy o pocałunku z uwielbianą dziewczyną.
Jest jeszcze Narrator, który wplata swoje "istnienie" w historię mieszkańców Molching niedaleko Monachium. Narrator. Śmierć płci męskiej. Dlatego cała historia opowiedziana jest krótko (nie patrzcie na ilość stron), konkretnie, po męsku. Bez kwiecistych opisów, niepotrzebnych frazesów. Prosto. Surowo. Akcja. I koniec.
Oczywiście, ta historia nie kończy się szczęśliwie - ona jest zaledwie przystankiem w całej wojennej opowieści. Takich ludzi i takich przeżyć były miliony. I o to chodzi, każdy mógł być Liesel Meminger.
Zobaczyła umierającego brata z jednym okiem otwartym, a drugim uśpionym. Pożegnała się z matką i wyobraziła ją sobie stojącą samotnie na peronie, obojętnie oczekującą na powrotny pociąg. Chuda kobieta rzucała się na bruk z krzykiem wypełniającym całą ulicę, póki nie zamarł w bezruchu jak zakręcona moneta na sekundę przed upadkiem. Młody mężczyzna wisiał na sznurze uplecionym ze śniegu spod Stalingradu. Patrzyła jak umiera pilot bombowca w swej metalowej puszce. Zobaczyła Żyda, który na drodze do obozu koncentracyjnego dwukrotnie podarował jej najpiękniejsze stronice w życiu. W centrum stał Fuhrer, wykrzykujący słowa, rozdzielający je naokoło.
Te obrazy były jej światem, który dusiła w sobie jak gulasz, siedząc z książką na kolanach, taką elegancką, pięknie oprawioną, ze stronicami od brzegu do brzegu wypełnionymi słowami i akapitami.
Wy oszuści, pomyślała.
Cudowni oszuści.
Nie dam się wam dłużej uszczęśliwiać. Nie mówcie już do mnie, nie chcę myśleć, że to mi przyniesie coś dobrego. Patrzcie na moje rany. Patrzcie na zadrapania. Widzicie, jaka jestem podrapana od środka? Widzicie, jak te wewnętrzne rany mnie zżerają? Nie chcę już fałszywych nadziei. (...)
No więc na co są właściwie słowa?*
"Złodziejka książek", prócz krótkiego przystanku w biegu dała mi coś jeszcze: nadzieję. Nadzieję, że dzięki takim ludiom jak Markus Zusak wciąż będziemy mieli co czytać. I nie będziemy żałowali ani jednej chwili na to czytanie przeznaczonej.
Czas na film.
* W przekładzie Hanny Baltyn; "Złodziejka książek", strona 470.
Tytuł/Autor: Złodziejka książek/Markus Zusak
Wydawnictwo/Rok wydania: Nasza Księgarnia/2005
Oprawa/Ilość stron: Oprawa miękka/ 495 stron
26 stycznia 2014
Iwona Słabuszewska-Krauze: Ostatnie fado (2011)
Skuszona dużymi promocjami w strzyżowskiej księgarni NOVA po krótkich choć intensywnych poszukiwaniach wybrałam dla siebie trzy książki. Oraz kalendarz na 2014. Zazwyczaj staram się wybierać książki nietuzinkowe, dla obu płci (ok, z tym jest różnie), takie które bez bólu można postawić na naszej sukcesywnie zapełnianej Literaturą przez duże "L" półeczce. Pominę kilka romansów i "Wampiry". Wystarczy powiedzieć, że kto przyjdzie, ten coś dla siebie znajdzie.
Taki cel przyświecał mi również i tym razem. Tzn. miał przyświecać. Nie wiem, czy książka o Kaukazie będzie jedną z tych ciekawszych - dowiem się, jak przeczytam. Podobnie rzecz ma się z typowo kobiecą powieścią W moim Mitford. Wiem za to, że przy Ostatnim fado wynudziłam się okrutnie.
Przyzwyczajona do Jacka Komudy kilkukrotnie zasypiałam przeczytawszy zaledwie dwie strony powieści pani Słabuszewskiej-Krauze. Czytając zachwycone opinie na Lubimy czytać śmiem twierdzić, że pewnie zupełnie się nie znam na tego typu pisarstwie, bo do ostatniej chwili "autentyczny klimat" Lizbony nie porwał mnie nawet z łóżka a co dopiero do Portugalii! Do ostatniej chwili nie odnalazłam się wśród wyrywkowo wplecionych na dwie-trzy strony bohaterów, którzy mieli... Sama nie wiem co. Urozmaicić historię? Udomowić Lizbionę? Pokazać jej bardziej człowieczą stronę? Nadać więcej dramaturgii tragicznym losom śpiewaczek fado? Jak mówię, nie wiem. Ja tam żadnego fado nie usłyszałam, nie przywoływało mnie ze stron książki, nie wynurzało się niczym widmo z otchłani nieszczęścia (?) fadistek.
Gorzej. Same opisy Lizbony też mnie nie zachwyciły. Potwierdziły jedynie, że Autorka rzeczywiście w tej Portugalii była a nie tylko palcem po mapie jeździła. Ja też wielokrotnie oglądałam zdjęcia z Barcelony, ale czy potrafiłabym pokazać ją komuś tak, aby zobaczył magię tego miejsca moimi oczami? Chyba nie, bo to jest jednak wielka sztuka.
Ale okładka książki bardzo mi się podoba. To ona oddaje intensywność tego miejsca - brawa dla Autora zdjęcia, Francisco Eduardo Belard da Fonseca (jakkolwiek się to czyta). A mówią, że nie szata zdobi człowieka...
Tytuł/Autor: Ostatnie fado/Iwona Słabuszewska-Krauze
Wydawnictwo/Rok: Wydawnictwo Otawrte/2011
Oprawa/Ilość stron: Oprawa miękka/315 stron
10 listopada 2013
Anna Birger: Skrywana przeszłość (2012)
W pierwszej chwili po przeczytaniu czułam, że Anna Birger tą powieścią dosłownie wbiła mnie w ziemię. Podobnie się czułam, gdy czytałam "Wojna nie ma w sobie nic z kobiety" Swietłany Aleksijewicz, bo chociaż wszyscy wiemy czym była druga wojna światowa, to niewielu z nas wie, jaka była. Jak bardzo bezwzględna, poniżająca, odzierająca z człowieczeństwa, jak nieprawdopodobnie ohydna i nieczuła była. Dla mnie, osoby która za nic w świecie nie pojedzie "zwiedzać" Auschwitz, opisy ludzkiego zezwierzęcenia są po prostu straszne. A tutaj nie brakuje realizmu cierpienia - przecież dziadek autorki zaznajomił ją z historią. A przynajmniej próbował.
Jednocześnie mam nieodparte wrażenie, że książkę pisała pensjonarka, która nie do końca zdawała sobie sprawę podczas pisania, co tak naprawdę chce opowiedzieć. Historię Irenki? Wewnętrzną przemianę Laury, która dotąd proniemiecka nagle pod wpływem opowieści babki zaczyna nienawidzić własnego męża, Niemca? Losy Polaków i Żydów w okupowanej Polsce, które nota bene zostały pokazane dość jednostronnie? Czarno-białe stosunki Polaków z Niemcami, bo Polak biedny a Niemiec zły? A może wszystko na raz...
Cokolwiek to było, zostało okraszone tak wielką ilością stereotypów, że zęby bolą. A infantylny styl pisarki (to na, co już wielu czytelników zwróciło uwagę) budzi we mnie podejrzenie, że pani Birger zadrwiła sobie lekko z Holocaustu, wplatając tak nieznośnie naiwną historyjkę Laury w dramat drugiej wojny światowej. Jeśli tak mamy pisać, to lepiej nie piszmy wcale.
Tytuł/Autor: Skrywana przeszłość/Anna Birger
Wydawnictwo/Rok wydania: Prószyński i S-ka/2012
Oprawa/Ilość stron: Oprawa miękka/324 strony
5 listopada 2013
Agnieszka Lingas - Łoniewska: Łatwopalni (2013)
"Ludzie są tacy łatwopalni. Płoną i gasną, zanim słońce zdąży schować się za chmurami. Po co to wszystko? Jesteśmy tylko maleńkim płomykiem w wieczności. Czy nie lepiej płonąć jasnym blaskiem i pod koniec dnia zaniknąć z godnością i w poczuciu dobrze wykonanego zadania?"*
Ciężko jest mi poskładać myśli po tej lekturze. Skończyłam ją czytać późną nocą i długo nie mogłam zasnąć. Historia Agnieszki Lingas - Łoniewskiej naprawdę poruszyła moje kobiece serce. Serce, od jakiegoś czasu nieskore emocjonować się jakąkolwiek historią. Jednak od pierwszych stron wiedziałam, że muszę przeczytać całość, teraz, zaraz. Że nie oderwę się myślami. Że MUSZĘ przeczytać, bo to jest... bo to jest po prostu piękna historia. O miłości.
Nie. O odcieniach wielu miłości: matczynej, przyjacielskiej, młodzieńczej i tej najbardziej namiętnej.
I o nienawiści. Do drobnomieszczaństwa, do kołtuństwa, do zaściankowości.
O ludzkich dramatach tak mocno wplecionych w przeszłość, że nie można ich zostawić za sobą, nie można się oderwać, bo są częścią nas. Spalają nas od środka i sprawiają, że nic nie jest takie jakim być powinno.
O dojrzewaniu. Do zaakceptowania siebie, swoich porażek, wad, swoich potrzeb, których nie można całe życie spychać na dalszy plan.
O nich. Monice i Jarku, którzy egzystując w dwóch różnych światach nie oczekują od życia nic więcej, prócz tego, co już otrzymali. Do chwili aż się spotykają i w ich poranione serca szturmem wdziera się uczucie tak wielkie, tak przepełnione miłością i nadzieją, że czytając mocno zaciskasz kciuki.
Agnieszka Lingas - Łoniewska stworzyła mały cud w czasach tak absurdalnych jak nasze. Napisała książkę tak bardzo przemyślaną, tak dojrzałą i takimi pięknymi zdaniami, jakiej już dawno nie czytałam. I potrzebuję czytać więcej, więc częściej będę sięgać po tę Autorkę, bo choć młoda - ma w sobie wrażliwość, którą nie wstydzi się obdzielać swoich bohaterów. Bohaterów nietuzinkowych, wielowymiarowych i przez swoje słabości tak bardzo mi bliskich.
Polecam!
* Cytat zaczerpnięty z powieści "Łatwopalni" Agnieszki Lingas - Łoniewskiej, str. 266
Tytuł/Autor: Łatwopalni/Agnieszka Lingas - Łoniewska
Wydawnictwo/Rok wydania: Wyd. FILIA/2013
Oprawa/Ilość stron: Oprawa miękka/275 stron
Ciężko jest mi poskładać myśli po tej lekturze. Skończyłam ją czytać późną nocą i długo nie mogłam zasnąć. Historia Agnieszki Lingas - Łoniewskiej naprawdę poruszyła moje kobiece serce. Serce, od jakiegoś czasu nieskore emocjonować się jakąkolwiek historią. Jednak od pierwszych stron wiedziałam, że muszę przeczytać całość, teraz, zaraz. Że nie oderwę się myślami. Że MUSZĘ przeczytać, bo to jest... bo to jest po prostu piękna historia. O miłości.
Nie. O odcieniach wielu miłości: matczynej, przyjacielskiej, młodzieńczej i tej najbardziej namiętnej.
I o nienawiści. Do drobnomieszczaństwa, do kołtuństwa, do zaściankowości.
O ludzkich dramatach tak mocno wplecionych w przeszłość, że nie można ich zostawić za sobą, nie można się oderwać, bo są częścią nas. Spalają nas od środka i sprawiają, że nic nie jest takie jakim być powinno.
O dojrzewaniu. Do zaakceptowania siebie, swoich porażek, wad, swoich potrzeb, których nie można całe życie spychać na dalszy plan.
O nich. Monice i Jarku, którzy egzystując w dwóch różnych światach nie oczekują od życia nic więcej, prócz tego, co już otrzymali. Do chwili aż się spotykają i w ich poranione serca szturmem wdziera się uczucie tak wielkie, tak przepełnione miłością i nadzieją, że czytając mocno zaciskasz kciuki.
Agnieszka Lingas - Łoniewska stworzyła mały cud w czasach tak absurdalnych jak nasze. Napisała książkę tak bardzo przemyślaną, tak dojrzałą i takimi pięknymi zdaniami, jakiej już dawno nie czytałam. I potrzebuję czytać więcej, więc częściej będę sięgać po tę Autorkę, bo choć młoda - ma w sobie wrażliwość, którą nie wstydzi się obdzielać swoich bohaterów. Bohaterów nietuzinkowych, wielowymiarowych i przez swoje słabości tak bardzo mi bliskich.
Polecam!
* Cytat zaczerpnięty z powieści "Łatwopalni" Agnieszki Lingas - Łoniewskiej, str. 266
Tytuł/Autor: Łatwopalni/Agnieszka Lingas - Łoniewska
Wydawnictwo/Rok wydania: Wyd. FILIA/2013
Oprawa/Ilość stron: Oprawa miękka/275 stron
7 lipca 2013
Adam Nergal Darski - Spowiedź heretyka (2012)
Nie jestem fanką Nergala. Nie kupuję jego filozofii, muzyki ani sposobu na życie. Ba, szczerze - mało mnie to obchodzi. Dla mnie jest tylko kolejnym człowieczkiem zerkającym z okładek bulwarówek. Ale książkę przeczytałam z kilku powodów. Po pierwsze - Małżonek przeczytał, a głupio dyskutować nie wiedząc, o czym. Po drugie - z przekory. I po trzecie - książkę dostaliśmy z Wydawnictwa do recenzji, toteż zapomnijcie o czterech pierwszych zdaniach i lecimy.
Panowie Piotr Weltrowski i Krzysztof Azarewicz wcale nie ukrywają, że są dobrymi znajomymi Nergala. Zresztą ciężko ukryć ten fakt oddając do druku książkę, która jest właśnie taka jak jest; jakiej chciał Nergal dla poprawy wizerunku. Zresztą nie chcę wypowiadać się o Adamie Darskim - zwyczajnie nie znam gościa. Jak to napisał Małżonek w swojej recenzji: "O książce tej wypowiadają się najczęściej ci, którzy nie mieli jej w rękach. Robią to przez pryzmat uproszczeń, stereotypów i zasłyszanych, cudzych opinii. Podobnie jest z osobą Adama Darskiego, na którego temat zdanie "musiał" wyrobić sobie każdy ksiądz, polityk, socjolog i psycholog." Zamiast tego powiem kilka słów o samej książce.
Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że każde jedno pytanie było opracowane pod rozmówcę. Z drugiej strony może o to właśnie chodziło - o ukazanie Nergala nie plującego na wszystko i wszystkich, ale o pokazanie skąd jego niechęć się wzięła. Dzięki wyważonym i inteligentnym odpowiedziom widzimy Darskiego w nieco innym świetle niż tylko przydymiona sala koncertowa, on wysmarowany dziwnymi mazidłami i (tak!) drący tę Biblię. Ukazuje się nam całkiem konkretny facet, który za pan brat jest zarówno z literaturą jak i historią i (uwaga!) nie boi się o tym mówić. Podobnie jak o własnych słabościach, płaczu czy kulcie własnego ciała, który nasilił się po wygranej walce z chorobą. Nie unika niewygodnych pytań o kościół, byłe dziewczyny, imprezy po koncertach, przypadkowy seks czy wymioty po chemii. Dzieli się z Czytelnikami dojrzałymi przemyśleniami na każdy temat, o który zapytali go Piotr i Krzysztof. Nie buntuje, nie oczernia, nie demonizuje. Przeciwnie, przedstawia argumenty, w które nie musisz wierzyć, ale musisz je znać, aby być równorzędnym partnerem w dyskusji. Sprawia, że gdzieś, w najbardziej zatwardziałym Czytelniku budzi szacunek. I zaciekawienie.
Zaciekawienie facetem, który na prawo i lewo dręczy katolików paskudnym diabłem, którym poniekąd sam chce być - choć od hołubienia Boga, demona czy pogańskich bożków jest mu daleko. Z Kościołem też mu nie po drodze, co nie znaczy, że nic sensownego powiedzieć już nie może. Chce zmusić Polaków przede wszystkim do myślenia. Nie gapienia się bezmyślnie w ekran monitora i śledzenie wszystkich pudelkowych głupot, ale zajęcie się samym sobą, z dbaniem o własne zdrowie i rozwój intelektualny na czele.
Nie powiem, nie pognałam na YouTube oglądać teledyski Behemota - wystarczą mi "Lasy Pomorza" zasłyszane kilka lat temu i do dziś budzące we mnie panikę, że znów będę musiała przeżywać te emocje. Niemniej jednak trudno ukryć wrażenie, że od czasu wyżej wymienionego utworu do obecnej pozycji Wydawnictwa G+J Gruner + Jahr Polska Sp. z o.o. upłynęły całe lata świetlne.
"W pewien sposób nauczyłem się nawet rozstawać. To nie zmienia jednak siły ciosu - po prostu wiem, jak leczyć rany. Człowiek czuje się w takiej chwili jak małe dziecko w środku lasu. Jest ciemno, a ty nie wiesz, w którą stronę iść. I to uczucie pozostaje. Uczę się jednak. Wiem, że zamiast biec na oślep, trzeba poczekać do wschodu słońca. Światło pojawia się zawsze, chociaż nigdy od razu. Tak naprawdę nie mam jednak pewności, czy w momencie, gdy znów znajdę się w takiej sytuacji, nie spanikuję i nie zacznę gnać bez celu przed siebie. Tego człowiek nigdy nie wie, prawda?"*
* Cytat zaczerpnięty z książki "Spowiedź heretyka" Piotr Weltrowski i Krzysztof Azarewicz, strona 383.
Tytuł/Autor: Spowiedź heretyka/ Piotr Weltrowski i Krzysztof Azarewicz
Wydawnictwo/Rok wydania: Wydawnictwo G+J Gruner + Jahr Polska Sp. z o.o. & Co. Spółka Komandytowa/2012
Oprawa/Ilość stron: Oprawa twarda/383 strony
Panowie Piotr Weltrowski i Krzysztof Azarewicz wcale nie ukrywają, że są dobrymi znajomymi Nergala. Zresztą ciężko ukryć ten fakt oddając do druku książkę, która jest właśnie taka jak jest; jakiej chciał Nergal dla poprawy wizerunku. Zresztą nie chcę wypowiadać się o Adamie Darskim - zwyczajnie nie znam gościa. Jak to napisał Małżonek w swojej recenzji: "O książce tej wypowiadają się najczęściej ci, którzy nie mieli jej w rękach. Robią to przez pryzmat uproszczeń, stereotypów i zasłyszanych, cudzych opinii. Podobnie jest z osobą Adama Darskiego, na którego temat zdanie "musiał" wyrobić sobie każdy ksiądz, polityk, socjolog i psycholog." Zamiast tego powiem kilka słów o samej książce.
Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że każde jedno pytanie było opracowane pod rozmówcę. Z drugiej strony może o to właśnie chodziło - o ukazanie Nergala nie plującego na wszystko i wszystkich, ale o pokazanie skąd jego niechęć się wzięła. Dzięki wyważonym i inteligentnym odpowiedziom widzimy Darskiego w nieco innym świetle niż tylko przydymiona sala koncertowa, on wysmarowany dziwnymi mazidłami i (tak!) drący tę Biblię. Ukazuje się nam całkiem konkretny facet, który za pan brat jest zarówno z literaturą jak i historią i (uwaga!) nie boi się o tym mówić. Podobnie jak o własnych słabościach, płaczu czy kulcie własnego ciała, który nasilił się po wygranej walce z chorobą. Nie unika niewygodnych pytań o kościół, byłe dziewczyny, imprezy po koncertach, przypadkowy seks czy wymioty po chemii. Dzieli się z Czytelnikami dojrzałymi przemyśleniami na każdy temat, o który zapytali go Piotr i Krzysztof. Nie buntuje, nie oczernia, nie demonizuje. Przeciwnie, przedstawia argumenty, w które nie musisz wierzyć, ale musisz je znać, aby być równorzędnym partnerem w dyskusji. Sprawia, że gdzieś, w najbardziej zatwardziałym Czytelniku budzi szacunek. I zaciekawienie.
Zaciekawienie facetem, który na prawo i lewo dręczy katolików paskudnym diabłem, którym poniekąd sam chce być - choć od hołubienia Boga, demona czy pogańskich bożków jest mu daleko. Z Kościołem też mu nie po drodze, co nie znaczy, że nic sensownego powiedzieć już nie może. Chce zmusić Polaków przede wszystkim do myślenia. Nie gapienia się bezmyślnie w ekran monitora i śledzenie wszystkich pudelkowych głupot, ale zajęcie się samym sobą, z dbaniem o własne zdrowie i rozwój intelektualny na czele.
Nie powiem, nie pognałam na YouTube oglądać teledyski Behemota - wystarczą mi "Lasy Pomorza" zasłyszane kilka lat temu i do dziś budzące we mnie panikę, że znów będę musiała przeżywać te emocje. Niemniej jednak trudno ukryć wrażenie, że od czasu wyżej wymienionego utworu do obecnej pozycji Wydawnictwa G+J Gruner + Jahr Polska Sp. z o.o. upłynęły całe lata świetlne.
"W pewien sposób nauczyłem się nawet rozstawać. To nie zmienia jednak siły ciosu - po prostu wiem, jak leczyć rany. Człowiek czuje się w takiej chwili jak małe dziecko w środku lasu. Jest ciemno, a ty nie wiesz, w którą stronę iść. I to uczucie pozostaje. Uczę się jednak. Wiem, że zamiast biec na oślep, trzeba poczekać do wschodu słońca. Światło pojawia się zawsze, chociaż nigdy od razu. Tak naprawdę nie mam jednak pewności, czy w momencie, gdy znów znajdę się w takiej sytuacji, nie spanikuję i nie zacznę gnać bez celu przed siebie. Tego człowiek nigdy nie wie, prawda?"*
* Cytat zaczerpnięty z książki "Spowiedź heretyka" Piotr Weltrowski i Krzysztof Azarewicz, strona 383.
Tytuł/Autor: Spowiedź heretyka/ Piotr Weltrowski i Krzysztof Azarewicz
Wydawnictwo/Rok wydania: Wydawnictwo G+J Gruner + Jahr Polska Sp. z o.o. & Co. Spółka Komandytowa/2012
Oprawa/Ilość stron: Oprawa twarda/383 strony
25 lutego 2013
Nora Robers: Trylogia znak siedmiu
W całej sytuacji pocieszające jest to, że nawet gdy choruję mam ochotę poczytać coś fajnego, z tym, że fajnego a nie wymagającego. Wiadomo, nie zawsze człowiek może skupić się na teorii kwantowej czy eliminowaniu domniemanych morderców. Dlatego sięgnęłam po sprawdzoną autorkę, Norę Roberts, która od zawsze zaskakuje mnie lekkością stylu połączoną z nieprawdopodobnym ciepłem jej bohaterów.
I tak oto ja i moje płuca wprost zaczytaliśmy się (Boże, czy płuca mogą czytać? Dobra, patrzcie na mnie dziś przez palce, ok?) w Trylogii "Znak siedmiu", z której posiadam tylko dwie części i powiem Wam, jeśli nie wiecie, że takie czytanie jest trochę do bani - jesteś w trakcie wartkiej akcji, wiesz już kto jest kim, czekasz z napięciem na kolejne uderzenie zła, a tu bach, ostatnia strona pokazuje Ci język. I szukaj wiatru w polu, czyli trzeciej części, bo jakaś paniusia nie doczytała i zapomniała oddać do biblioteki.

Ale po kolei. W takim zwyczajnym lesie gdzieś w USA tkwi sobie zupełnie niezwyczajna skała, wyglądająca nieco niepokojąco, gdyż jest to przedwieczny ołtarz, o którym wszyscy wiedzą, że to on, ale tylko 3 śmiałków decyduje się obejrzeć go z bliska. Tak się składa, że tymi śmiałkami są trzej dziesięcioletni chłopcy, którzy naoglądali się telewizji i postanowili sprawić sobie tam rytuał połączenia krwi, przysięgi na śmierć i życie i tak dalej. Jak pomyśleli tak zrobili przy okazji budząc ze słodkiej drzemki demona. Od tego czasu ten skubaniec co siedem lat w rocznicę pobudki robi małą rozpierduchę w miasteczku, na tyle skuteczną, że część mieszkańców się wyzabijała, część zwiała a reszta udaje, że nic się nie stało.
W tym wszystkim żyje dwóch z trójki TYCH chłopców, dorośli już Cal i Fox, którzy mimo wszystko mogą zawsze liczyć na pomoc trzeciego, czyli Gaga'e. I tak sobie we trójkę sprzątają ten bajzel, w którym przyszło im żyć. Aż nagle pojawiają się trzy uparte laski, które stawiają na głowie całą ich teorię i życie uczuciowe.

I mniej więcej temu poświęcona jest każda część trylogii. O ile pierwsza była naprawdę mroczna i wciągająca o tyle druga była już bardziej przewidywalna. Poznając schemat wiem już, że trzecia będzie taka a taka, ale mimo wszystko czekam na nią z niecierpliwością, bo dotyczyć będzie akurat tego najbardziej skrytego gościa, który prócz demona i ostrej kobiety będzie się musiał zmierzyć też ze swoją nieciekawą przeszłością i lękami, które chociaż mocno ukryte, to jednak są.
Powiem tak, koncepcja powieści naprawdę fajna, lekko się czyta, wciąga fabułą, posiada dobrze zbudowanych charakterystycznych bohaterów, miejscami jest naprawdę nieprzewidywalna, tylko ciut za dużo romansu jak na mnie.
I tak oto ja i moje płuca wprost zaczytaliśmy się (Boże, czy płuca mogą czytać? Dobra, patrzcie na mnie dziś przez palce, ok?) w Trylogii "Znak siedmiu", z której posiadam tylko dwie części i powiem Wam, jeśli nie wiecie, że takie czytanie jest trochę do bani - jesteś w trakcie wartkiej akcji, wiesz już kto jest kim, czekasz z napięciem na kolejne uderzenie zła, a tu bach, ostatnia strona pokazuje Ci język. I szukaj wiatru w polu, czyli trzeciej części, bo jakaś paniusia nie doczytała i zapomniała oddać do biblioteki.

Ale po kolei. W takim zwyczajnym lesie gdzieś w USA tkwi sobie zupełnie niezwyczajna skała, wyglądająca nieco niepokojąco, gdyż jest to przedwieczny ołtarz, o którym wszyscy wiedzą, że to on, ale tylko 3 śmiałków decyduje się obejrzeć go z bliska. Tak się składa, że tymi śmiałkami są trzej dziesięcioletni chłopcy, którzy naoglądali się telewizji i postanowili sprawić sobie tam rytuał połączenia krwi, przysięgi na śmierć i życie i tak dalej. Jak pomyśleli tak zrobili przy okazji budząc ze słodkiej drzemki demona. Od tego czasu ten skubaniec co siedem lat w rocznicę pobudki robi małą rozpierduchę w miasteczku, na tyle skuteczną, że część mieszkańców się wyzabijała, część zwiała a reszta udaje, że nic się nie stało.
W tym wszystkim żyje dwóch z trójki TYCH chłopców, dorośli już Cal i Fox, którzy mimo wszystko mogą zawsze liczyć na pomoc trzeciego, czyli Gaga'e. I tak sobie we trójkę sprzątają ten bajzel, w którym przyszło im żyć. Aż nagle pojawiają się trzy uparte laski, które stawiają na głowie całą ich teorię i życie uczuciowe.

I mniej więcej temu poświęcona jest każda część trylogii. O ile pierwsza była naprawdę mroczna i wciągająca o tyle druga była już bardziej przewidywalna. Poznając schemat wiem już, że trzecia będzie taka a taka, ale mimo wszystko czekam na nią z niecierpliwością, bo dotyczyć będzie akurat tego najbardziej skrytego gościa, który prócz demona i ostrej kobiety będzie się musiał zmierzyć też ze swoją nieciekawą przeszłością i lękami, które chociaż mocno ukryte, to jednak są.
Powiem tak, koncepcja powieści naprawdę fajna, lekko się czyta, wciąga fabułą, posiada dobrze zbudowanych charakterystycznych bohaterów, miejscami jest naprawdę nieprzewidywalna, tylko ciut za dużo romansu jak na mnie.
Etykiety:
Bracia krwi,
Magia i krew,
Nora Roberts,
Prószyński i S-ka,
recenzje,
trylogia,
Znak siedmiu
20 lutego 2013
Rani Manicka: Japońska parasolka

Lubię książki, które gdzieś się zaczynają i gdzieś się kończą. Gdy czytam lubię mieć świadomość, że nie robię tego na darmo, że to czemu poświęcam czas nie jest tylko zlepkiem przypadkowo spisanych słów, kiedyś tam nabazgranych na kolanie a gdy wydawca się dopomina to wyjętych z zakurzonej szuflady, wyprasowanych żelazkiem, przekartkowanych i oddanych ludziom "niech mają". I to za 11,90 zł w Biedronce.
Lubię, gdy książka czyta się sama, gdy trudno doczekać się następnej strony i nie można zasnąć, bo ciekawi, bo intryguje, bo fascynuje. Taka jest właśnie "Japońska parasolka" autorstwa Rani Manickiej. Ta z pochodzenia Malezyjka z niemal czcią opisuje swój kraj, jego największe i najpiękniejsze zalety nie uciekając od porównań zarówno kultury, tradycji i ludzi. A wszystko to w czasach jeszcze przed drugą wojną światową - czasach trudnych, rasistowskich i mocno zakorzenionych w pogaństwie.
Narodzinom Parwati towarzyszą szczęście długo wyczekiwanej córki oraz niepokój o jej przyszłość, którą przepowiedział kapłan stawiając noworodkowi horoskop. Raz wypowiedziana przepowiednia na zawsze odmieniła życie Parwati oraz jej ojca, który od tego czasu zamknięty na miłość dziecka dążył tylko do atrakcyjnego zamążpójścia córki. I tak się stało, choć "atrakcyjne zamążpójście" to ostatnie co można powiedzieć o kompletnie niezadowolonym z oszustwa mężu, dalekim i obcym kraju, w którym przyszło żyć Parwati i duchu zmarłej żony, która nijak nie chciała spocząć w grobie zapomnienia.
W oczekiwaniu na cudowną przyszłość, która nie nadchodzi, Parwati powoli dorasta do rangi żony swego męża, choć nigdy nie wtapia się w tło malezyjsko - brytyjskiej elity, w której obraca się Kasu Marimuthu. Zaprzyjaźnia się z tajemniczą szamanką Mają, z którą pozostanie aż do śmierci. Wyobcowanie Parwati trwa pomimo narodzin dzieci i śmiertelnej choroby męża. Niepewności dalszego losu dopełnia zbliżająca się wielkimi krokami żołnierzy wojna oraz eksmisja z pięknego pałacu na tyły sklepu zajmowanego przez karaluchy i szczury. Paradoksalnie, Parwati szczęście znajduje w ramionach japońskiego kochanka, generała, który zajął jej dom. Hattori San uświadamia jej potrzebę bliskości i zrozumienia, którego sam dopiero się uczy właśnie z Parwati. Nocami, dla których żyją, Hattori San powoli przemienia Parwati w najprawdziwszą gejszę ze starych opowieści, tym sam uczy ją miłości, jaka nigdy nie będzie im dana w powojennym świecie.
Świecie, który powoli staje się faktem, gdy przegrani Japończycy muszą uciekać, a wszystko co tylko może przypominać o koszmarze jest z góry odrzucane. Tak jak miłość tej dwójki, którą muszą odłożyć na kiedyś, kiedy niepodległa Malezja będzie krzyczeć z radości i której Hattori San nie dożyje.
Nie wiem czy umiem określić, co jest w tej książce takiego odurzającego, przyciągającego jak magnes. Z pewnością są to postacie tak różne od nas a jednocześnie tak bardzo podobne. Z tym, że to podobieństwo nie wynika z wyglądu, ono wynika z potrzeb każdego człowieka, jego niepewności, buty, potrzeby posiadania drugiego człowieka (tak, tak posiadania), świadomości, że coś w naszym życiu jest pewne i warto się temu poddać. Każdy z nas jest trochę taką Parwati, nieco zagubioną w gąszczu trudnych codziennych spraw istotą, która surowym obejściem maskuje potrzebę zrozumienia/bliskości/miłości/wolności/spokoju.
Lubię tę powieść. Bez kwiecistych form, oszczędnie, bez nieszczerych emocji Autorka wprowadza nas w niezwykle klimatyczną historię kobiety, która od życia oczekiwała czegoś więcej niż tylko bycia.
Jesteśmy istotami światła. Rzucamy się w życie, w którym chwilowo nie umiemy dostrzec swojego światła. Nie wiemy, że spotkamy się, powracając, a później odchodzimy znów i znów, za każdym razem niewyobrażalnie radośni.
Autor/Tytuł: Rani Manicka/Japońska parasolka
Wydawnictwo/Rok: Wyd. Albatros/ Wydanie III 2013
12 lutego 2013
Andrzej Pilipiuk: Trucizna
Kto nie zna Jakuba Wędrowycza? Wszyscy znają (albo tylko tak mówią). Ano właśnie wszyscy znają i wszyscy oczkują. Ja też oczekiwałam. Nie, spokojnie, nie po Pilipiuku, spodziewałam się raczej, że Jakub pomimo swojego wieku uwiedzie mnie choć troszkę. Połechce moją czytelniczą próżność i pozwoli zaczytać się w swoich przygodach. A tu wielkie rozczarowanie - Jakub Wędrowycz się przejadł. Zwyczajnie się znudził. Wariacka formuła jest mdła, kompletnie odrealnione przygody już nie śmieszą, dialogom brakuje polotu. Ta książka męczy pomimo nie tak znów wielu stron, krótkich opowiadań i języka, jakim posługuje się Autor.
To znak, że czas na nowego bohatera, któremu trzeba poświęcić nieco więcej czasu niż naprędce spisane historyjki "w między czasie", które masowo tworzy Andrzej Pilipiuk. Wiem, że ciężko porzucić postać, która rozsławiła Autora (tak tak, nie odwrotnie), mimo wszystko czas się rozstać i pozwolić Jakubowi pozostać nie do końca odkrytą perełką wśród nudnych i nijakich bohaterów książkowych.
Autor/Tytuł: Andrzej Pilipiuk/Trucizna
Wydawnictwo/Rok: Fabryka Słów/2012
13 grudnia 2012
Robert Górski i Mariusz Cieślik: Jak zostałem premierem (2012)
”Ludzie zasadniczo nie czytają książek. Może dlatego, ze jest ich za dużo (tych książek) i nie wiedzą od której zacząć. Ta jest idealna na początek. Ani za mądra ani za głupia i są zdjęcia. Można czytać i jeść. Zapraszam do świata wielkiej litera... wielkich wyobrażeń o literaturze.”*
Góral** to jest taki ktoś, kto sprawia, że ludzie się uśmiechają. Generalnie ja też się śmieję, dlatego "Jak zostałem premierem" ucieszyło mnie swoim widokiem i jak najbardziej podrajcowało. Miało być psychodelicznie (jak to u Górala), odjazdowo i w ogóle na wariackich papierach. Bo kabaret, bo pomysły, bo znów mnóstwo fantastycznych historii z życia wziętych. I owszem mamy wstawki z koncertów, teksty skeczy, dziesiątki ludzi spotkanych na drodze. Ale było też więcej Górskiego Roberta niż kabareciarza.
To dobrze i źle - dobrze, bo ciężko oczekiwać od człowieka, żeby błaznował całe życie; po coś konkretnego ta książka powstała - miała ukazać człowieka, który stoi za całą machiną Moralnego Niepokoju, czy autora setek tekstów opowiadanych przez najlepszych kabareciarzy w naszym kraju. Człowieka zwykłego, który gdzieś się wychował, skądś pochodzi, pali ile wlezie, ze spokojem opowiada o życiu kabareciarza, imprezach, wygłupach, rozczarowaniach i kontrowersjach. Przybliża nam świat ludzi... takich jak on... hm, ani nie gwiazd, ani nie celebrytów, bo gdzie właściwie w całym tym show-biznesie jest miejsce dla komików?
Z drugiej strony jednak, Górski do czegoś nas przyzwyczaił. Do czegoś, czego mnie osobiście w tej książce zabrakło - jakiegoś jaja, mocnego wejścia podobnego do tego opisu z okładki (cyt. u góry), które sugeruje, że Góral znów mocno namiesza i w towarzystwie jakiejś fajniej banieczki-wódeczki będzie można boki zrywać.
Boków może nie zerwałam, ale też nie spędziłam tego wieczoru przywiązana do kaloryfera i Górskiego jednocześnie z miną cierpiętnicy przewracając książki. Zwyczajnie spodziewałam się czegoś innego. A wódeczki można napić się i tak.
*Źródło opisu: www.znak.com.pl
** Zgaduję, że Górala wszyscy znają, nie będę przybliżać sylwetki, przeczytajcie książkę.
Autor/Tytuł: Robert Górski i Mariusz Cieślik/Jak zostałem premierem
Wydawnictwo/Rok wyd.: Znak/2012
27 października 2012
Skyfall (2012)
Nie jestem fanką Daniela Craig'a. Już chyba zawsze będzie mi się kojarzył z rosyjskim zakapiorem, cóż taka jego uroda. Lubię za to Jamesa Bonda, choć nie przeczę, że to Pierce Brosnan był moim najlepszym wyobrażeniem 007. Ale nie, nie odmówię Craig'owi ambicji stworzenia nowego Bonda, bo właśnie to robi - choć widoczne jest to dopiero w "Skyfall". Zresztą, co tu dużo mówić, "Skyfall" musi być inne, to takie podsumowanie 50 lat przygód Bonda, a konwencja filmu wcale od tego nie ucieka. Przeciwnie, do scen przemycono nieco wątków, jak choćby wybuchające długopisy, martini, historyczne auto czy w końcu celna riposta Bonda, czyli coś czego brakowało w poprzednich częściach.
Ale "Skyfall" to też zderzenie dwóch światów w których cały wywiad musi funkcjonować - tego, do którego przywykliśmy, gadżeciarskiego, przepełnionego niezobowiązującym seksem i dobrze znanych wrogów i tego zupełnie nowego, gdzie nowinki techniczne nie pomogą zlikwidować wroga, bo on do tych nowinek też ma dostęp. Podobnie jak nie robią wrażenia kobiety, które na pęczki pchają się do łóżka brytyjskiego agenta, bo on wraz z wiekiem i doświadczeniem potrzebuje czegoś więcej - więzi i emocji, których niekoniecznie oczekuje od nowych kochanek. Mniej zawzięty, mniej melancholijny a bardziej ułomny, przegrany i koniec końców zdecydowany bronić tego, w kogo wierzy.
"Skyfall" to prócz ukłonu w stronę twórców poprzednich części, jest też ukłonem w stronę wiernych widzów, którzy wreszcie doczekali się bohatera inteligentnego i zwyczajnie... człowieczego, czyli kogoś, z kim chcieliby się utożsamiać, kto nie jest tylko maszynką do zabijania i bzykania ślicznotek. Guzik, w "Skyfall" dziewczyną Bonda jest M, czyli Judi Dench, pozostałe dwie są, bo muszą być, bo co to za Bond bez dziewczyn?
Kawał dobrej roboty odwalił Sam Mendes angażując zarówno Bena Whishaw'a jako nieopierzonego Q, Javiera Bardema (kocham jego erotyczne sceny), Ralpha Fiennesa, który coś mi się zdaje, że zadomowi się tam na dłużej, jak i Adele do zaśpiewania tytułowej piosenki. I nie ma się tutaj co oszukiwać - sama piosenka jak i psychodeliczna czołówka są tutaj zdecydowanym bodźcem, dla którego warto zobaczyć film, bo nie wierzę, że Adele pchałaby się tam, gdzie nie miałaby poczucia, że to jest to!
Wychodziłam z kina z przeświadczeniem, że wreszcie zobaczyłam coś, na co warto było wydać tyle pieniędzy, że zaczęto nas traktować jak partnerów, dla których zwyczajnie fajnie jest zrobić coś dobrego, co nie uwłacza ani intelektowi, ani estetyce. Ja bawiłam się naprawdę dobrze.
Etykiety:
007,
2012,
Adele,
Daniel Craig,
James Bond,
Judi Dench,
premiera,
recenzje,
Sam Mendes,
Skyfall
19 października 2012
Andrew Tarnowski: Ostatni mazur
Oj zaskoczył mnie tą książką Andrzejek*, zaskoczył. Nie żeby były w niej jakieś cuda na kiju! Nie, urzekła mnie ta historia rodziny nie byle jakiej, bo samych Tarnowskich - tak, tych od Tarnowa po Tarnobrzeg najbardziej chyba przez to, że spisała ją osoba kompletnie niezwiązana emocjonalnie zarówno z wydarzeniami, jak i (tak przynajmniej sądzę) z osobami, które opisuje. Dlatego napisana jest jak zza szyby, bez niepotrzebnych sentymentów i skruchy wyciąga wszystkie trupy z szafy, czyli skandaliki, których udziałem stała się właśnie ta część przedwojennej arystokracji.
Pięknie Autor opisuje przedwojenny świat zabaw, dworów, polowań a jednocześnie bezczynności, snobizmu tak wielkiego, że wychowywanie własnych dzieci, było pracą ponad siły. Romansów i miłostek, ślubów w najbliższej rodzinie i tragedii z tym związanych; pustogłowia młodzieńców i kompletnego zidiocenia panien, które musiały dorosnąć praktycznie jednej nocy - w dniu rozpoczęcia wojny. I jak zwykle okazało się i tym razem, że "elyta" zawsze sobie poradzi, bo wszędobylskie koneksje i znajomości potrafiły utorować im drogę tam, gdzie sobie zażyczyli. Więc i wojnę przebalowali od Belgradu po Kair, nie myśląc nawet o powrocie, póki nie trzeba było walczyć o majątek. O przepraszam, kilku panów ku chwale nazwiska brało udział w walkach.
Ten ich brak zasad, moralności, wiary w cokolwiek ponad własne potrzeby był tak nieprawdopodobny, że aż zęby bolą. Ale Andrew Tarnowski nie wymyśla nic ponadto, czego się dowiedział podczas lat poszukiwań własnej tożsamości. I smutne jest to, że właśnie przez to Tarnowscy się go wyrzekli, ale z drugiej strony... jakież to polskie!
Facet daje nam kawałek naprawdę dobrej historii, popartej opowieściami ludzi, którzy byli naocznymi świadkami wydarzeń, fotografiami wyjętymi z rodzinnego albumu i nieodpartym wrażeniem, że on sam chce wiedzieć, kim jest i kim mógłby być, gdyby nie wojenna zawierucha i późniejsze następstwa wojny. A mógłby być kimś, kogo nam samym - chociaż uczono nas o tym na historii - trudno wyobrazić sobie współcześnie.
* Andrew Tarnowski - brytyjski dziennikarz polskiego pochodzenia. Przez trzydzieści lat był korespondentem Agencji Reutera. "Ostatni mazur" to jego pierwsza książka, za którą został wykluczony ze Związku Rodu Tarnowskich.
Tytuł/Autor: Ostatni mazur/Andrew Tarnowski
Wydawnictwo/Rok: W.A.B/2008
14 października 2012
Erich Segal: Ostatni akord
"Ostatni akord" to spisana "po męsku" opowieść o nieszczęśliwej miłości. I właśnie tej historii bałam się najbardziej, wcale nie dlatego, że mężczyźni nie potrafią pisać o miłości. Bardziej tego wejrzenia w męską duszę, które towarzyszyło całej historii. Mężczyźni nie okazują uczuć (podobno), są zawsze zamknięci w sobie i nie czują potrzeby idąc śladem kobiet - opowiadania o uczuciach, uzewnętrzniania się. Tym bardziej fascynuje dopuszczenie czytelnika do najbardziej intymnych emocji i myśli.
Autor pozbawia nas tutaj łzawych załączników, melodramatów, tak częstych u pisarek. Nie, "Ostatni akord" to historia z wojną w tle - nie tylko tą toczoną w Afryce, podczas pobytu bohaterów, ale również wojną wewnętrzną, mniejszego i większego zła, złego i lepszego wyboru - wszystko to okraszone muzyką, którą niemalże słychać na każdej stronie powieści.
Ja szczerze polecam, to książka na jeden wieczór, a zachwycić się łatwo.
Tytuł/Autor:Ostatni akord/Erich Segal
Wydawnictwo/Rok: Albatros/2006
19 września 2012
Maria Czubaszek i Artur Andrus: Każdy szczyt ma swój Czubaszek
Chodziła ta książka za mną długo - właściwie od dnia, gdy dowiedziałam się, że można ją już kupić. Chodziła, chodziła i wreszcie mnie dogoniła - w warszawskim EMPIK-u na Złotej. Ja, jak to w EMPIK-u spanikowałam na widok tylu książek, bo oczywiście do ostatniej chwili nie wiedziałam, na którą się zdecyduję, a wszystkich kupić - z wiadomych względów - nie mogłam.
Stanęło na Czubaszek. Niekwestionowanej gwieździe tej książki. Innych gwiazd, gwiazdek, pół-gwiazdek tutaj nie ma. Nie ma nawet półśrodków. Jest tylko Maria Czubaszek, jej życie, jej przygody, jej historia i (również jej) genialny styl, bo oczywiście pisząc książkę o Czubaszek, nie można, no po prostu nie można pominąć jej dokonań na polu literackim. Bo spory kawałek literatury jest jednak jej dziełem. Scenariusze, dialogi, felietony... Czego tam nie ma! Są historie z dzieciństwa i z młodości, są przyjaciele z pracy i oczywiście Karolak razem ze swoimi rysunkami. 310 stron w stu procentach poświęconych Marii Czubaszek. A tam poświęconych, te 310 stron to cała ona, kompletnie ześwirowana, niepoprawna i generalnie niemożliwa Czubaszek.
Jest też Artur Andrus, samoczynnie zepchnięty za margines, sprowadzony przez samego siebie do roli "przepytywacza", cierpliwego i humorystycznego, ale nic poza tym. Nie próbuje ucieszyć nas swoimi uwagami, nie wystawia siebie na pierwszy plan. Doskonale wie, że po trochu walczy z wiatrakami, czyli niefrasobliwością swojej rozmówczyni, jej niechęcią do wspomnień, do dzielenia się swoją prywatnością. Odpuszcza, nie nalega, nie wymusza. Pewnie dlatego ten wywiad wydaje się niepełny, nieuszczegółowiony i przede wszystkim trochę chaotyczny - i taki właśnie jest, jak przyznał sam Artur Andrus: "Wady tej rozmowy wynagradza jej wielka zaleta - szczerość. To, co Marysia tutaj opowiada, nie jest wymyślone. Takie było albo jest. Albo inaczej - tak jej się wydaje, że było, albo tak myśli, że jest. Na pewno nie ma w tym żadnej kreacji."*
Cała książka sprawia ogólnie pozytywne wrażenie, taka jest Czubaszek ,co tutaj ukrywać - z jej poglądami spotkaliśmy się już nie raz, by nie wiedzieć, że jest zdolna do wszystkiego. Dużym plusem są wspomnienia o kolegach z pracy, o ludziach, których spotkała na swojej drodze, a których już nie ma. Miejscami dziecięco naiwna, gdzie indziej świadoma upływającego czasu, wplata w te opowieści sporą dozę humoru i jeszcze więcej sympatii, nie tylko dlatego, że o zmarłych nie mówi się źle. Z każdej znajomości próbuje wyciągnąć coś pozytywnego, co stawia jej bohaterów w nieco innym świetle.
Czy Maria Czubaszek czymś mnie zaskoczyła? Raczej uwiodła mnie swoją skromnością, spojrzeniem na życie i naiwnością, która jak widać, w jej wieku również przystoi.
* Cytat zaczerpnięty z książki, przypis od Autora "Moje rozmowy z Marią".
Tytuł/Autor: Każdy szczyt ma swój Czubaszek/ Artur Andrus i Maria Czubaszek
Wydawnictwo/ Rok wydania: Prószyński i S-ka/2012
17 września 2012
Laura Lippman: Co wiedzą zmarli
Wyszły z domu i nigdy nie wróciły. Kilkunastoletnie siostry zniknęły bez śladu. Nigdy nie odnaleziono ich ciał. Nigdy nie rozwiązano zagadki ich zaginięcia. Trzydzieści lat później zagadkowa kobieta powoduje wypadek samochodowy. Przesłuchiwana prze policję wyznaje, że jest jedną z sióstr Bethany - tą, która uszła z życiem z rąk porywacza.
Od pierwszych stron widać, że kobieta jest dziwna - i jest to dość łagodne określenie. Nie wiem z czego ta jej dziwność wynikała, pewnie z faktu, że nie bardzo wiedziała gdzie jest ani dokąd zmierza, nie miała przy sobie żadnych dokumentów, ale była mistrzynią w przywłaszczaniu sobie tożsamości, wyszukiwaniu ich w starych gazetach i dopowiadaniu życiorysów. Urywki jej wspomnień rysują policji wielce obiecujący obraz... oszustki. Wydaje się, że tylko matka kobiety będzie w stanie rozwikłać zagadkę i potwierdzić lub zaprzeczyć jej tożsamości. I oczywiście tak się dzieje, gdyż pomimo trzydziestu lat z hakiem dzielących te wydarzenia okazuje się, że wszyscy nadal tkwią w przeszłości, otuleni wspomnieniami wciąż starają się uciec jak najdalej w inną świadomość, w inne życie, które pozwoli zapomnieć choć na chwilę, odetchnąć powietrzem wyzbytym z poczucia winy. I oderwać się od codziennego dramatu.
Wiele sobie obiecywałam po tej książce. Może nie tyle kryminału co głębokiej psychoanalizy głównej bohaterki. Motywów działania, które ją nakręcały, powolnego uchylania rąbka tajemnicy jej przeszłości, drastycznych obrazów. Nie da się ukryć, że im dalej się czyta tym lepszego efektu oczekuje. Książkę przeczytałam, ale odczucia mam mieszane, owszem po trochu tego wszystkiego było w książce, ale czytałam ją tak strasznie długo, że całość mocno straciła na wartości. Jest to bardziej moja wina aniżeli powieści, ciężko jednak spodziewać się fanfar po blisko dwóch miesiącach czytania, oglądania okładki, odkładania jej na miejsce i zwykłego zmuszania się, bo już pora ją skończyć.
Autor/Tytuł: Laura Lippman/ Co wiedzą zmarli
Wydawnictwo/Rok: Amber/2007
23 czerwca 2012
Jacek Komuda: Zborowski
"Straceniec, którego niewiele szczęścia w życiu spotkało. Wespół z kozacką duszą Nikiforem Hunią oraz wiecznie łasym na złoto Bobuszem brnie wprost w czeluść czarciego kotła. Tam, gdzie smaży się już wielu z tych, któych posiekał wiecznie głodną krwi szablą."*Jacek Komuda dojrzewa. Nie jest to co prawda takie dojrzewanie, jakie serwuje nam Miley Cyrus w krótkich szortach, ale również warto zwrócić na niego uwagę.
Gdybym choć odrobinę znała się na malarstwie, to z całą pewnością porównałabym "Zborowskiego" (pisany na zamku w Dubiecku!) do jakiegoś dzieła sztuki. Niestety, nie znam się, przez co mój zakres porównań mocno się ogranicza. Może to właśnie dzięki temu, mogę traktować "Zborowskiego" jako właśnie taką perełkę (pozdrawiam panią profesor Sokół ;)) naprzeciw miernocie, samochwalstwie autorów i spłyceniu oczekiwań czytelników. O nie, tego tutaj nie znajdziemy. Samuel Zborowski to bohater jakiego u Komudy jeszcze nie było. Zły, bo lubi, gdy zmusza go do tego sytuacja; samotny, bo moda na pozytywnych bohaterów odeszła do lamusa; nieszczęśliwy, choć nie przyzna się do tego nawet pod mieczem.
Zborowski jest jeszcze gorszy od Jacka Dydyńskiego - wydaje się być jeszcze bardziej prawdziwy, bardziej krwisty, nieokrzesany i zwyczajnie twardy. Wyklęty. O ile Dydyński wydawał się być outsiderem, o tyle przy Zborowskim to słowo nabiera innego znaczenia, bardziej dosadnego, głębszego. Nie jest typem, któremu zależy na sławie i pieniądzach - jest sławny przez nazwisko swojego ojca, ściętego na dziedzińcu zamku wawelskiego i chociaż społecznie wyklęty jako pogrobowiec, to jednak nie do końca odrzucony przez możną szlachtę.
Jak sama jego postać jest wielokrotnie złożona, tak i pozostali bohaterowie, towarzysze Samuela są ciekawie zbudowani. Nie są mu życiem oddani, przyjaciele na śmierć i życie, przeciwnie, gdyby mogli usiekliby go w mgnieniu oka. A później obrabowali, bo nie płaci jak powinien. Wspominany wyżej Dydyński też nie jest ani za dobry ani zbyt zły, jest sprzedawczykiem, bo wiele do stracenia nie ma.
Cóż, nie oszukujmy się, wielkich porywów serca ze strony Czytelniczek nie będzie...
Nie da się ukryć, że książka pewną wadę - dość sporą ma. Jest za krótka. Ta niewielka ilość opowiadań jest zaledwie namiastką całej historii Samuela Zborowskiego, którą oczywiście Komuda opowiedzieć powinien a nawet musi. Nie jest winą Czytelników, że Jacek Komuda z książki na książkę jest coraz lepszy - a w "Zborowskim" przeszedł sam siebie. Ani jednego zbędnego słówka, żadnego pieprzenia o niczym, kwiecistej stylistyki a la Orzeszkowa czy bezmózgiego gadania, bo mu za to płacą (a la Masłowska). Więc niech pisze, trudno.
* cytat pochodzi z oficjalnego opisu książki.
Tytuł/Autor: Zborowski/Jacek Komuda
Wydawnictwo/Rok wyd.: Fabryka Słów/2012
Etykiety:
Fabryka Słów,
Jacek Dydyński,
Jacek Komuda,
recenzje,
Samuel Zborowski,
Zborowski
18 maja 2012
Carrie Underwood: Blown Away (2012)
Z ciekawością zabrałam się za słuchanie tej płyty. W końcu to robota nie byle kogo, bo dziewczyny, która jako jedyna potrafi zaśpiewać amerykański hymn bez żadnego fałszu (zrzutka na lekcje dla Edyty?).
Od wieków zakochana w Johnnym Cashu znam trochę tematykę country. I wiem też, jakie cuda wszystkie te country singery robią, by jak najbardziej odejść od śpiewania ichniejszego folku wciąż jednak pozostając mentalnie w temacie i całej kulturze. JR się to udało. Carrie Underwood już nie. Ona łączy country z popem i nie wiem, co jest gorsze. Jako zwyciężczyni amerykańskiego Idola, pop ma niejako wpisany na listę obowiązkowego brzmienia. I nawet specjalnie się przed tym nie broni (nie żeby miała cokolwiek do powiedzenia), jest jej to na rękę, bo przecież kto kupi jej płytę, jeśli nie pokolenie wychowane między Britney a Miley? Carrie Underwood jest kolejnym produktem, który musi śpiewać nijako - a przecież śpiewać potrafi.
Nie powiem, zmęczyła mnie ta płyta. Zmęczyła, jak cholera. Nie potrafię powiedzieć, czy wszystkiego jest tam za dużo czy za mało, bo napieprzone jest tam wszystkiego po uszy. Popowe piosenki nie tylko ranią uszy, one zwyczajnie odrzucają od tej płyty, powodują ból głowy. Z kolei elementy folku każą zadać sobie pytanie: po jakie licho ta płyta powstała? Ani nie bawi, ani nie odpręża, ani nie daje do myślenia (Boże broń, jeszcze tego brakuje!), a ckliwe ballady wzbudzają w człowieku mordercze instynkty. Dzięki Markowi Bright'owi, producentowi płyty wzrośnie przemoc, jak nic.
Mocno mnie zastanawia wysoki poziom sprzedaży tej płyty w Stanach Zjednoczonych.
Do posłuchania
Carrie Underwood: Good Girl
15 maja 2012
L.J. Smith: Pamiętniki wampirów: księgi 1-4
Nie da się ukryć, że świat został opanowany przez wampiry. Istnieją wśród nas od dawna (ponoć już w starożytności, jak twierdził Konstantinos), jednak dopiero ostatnimi laty zauważyliśmy ich masową ekspansję do pop kultury, a stamtąd już prościutko do naszych domów pod postacią gier, komiksów, filmów, książek i oczywiście, reklam. O ile hrabia Dracula czy lord Ruthven należą do kanonu klasyków, o tyle tłustowłosy Edward nie klasyfikuje się już niczego, prócz Kristen. Nie da się ukryć, że postać wampira stała się jednym z najbardziej rozpoznawalnych symboli w kulturze masowej, stąd też niczym kura znosząca złote jajka sprzedaje się w każdym miejscu globu.
Książek i filmów o wampirycznej tematyce powstały niezliczone ilości - o samym Draculi powstało ok. 15 filmów pełnometrażowych i kilka miniseriali do tego. Również w literaturze wciąż możemy spotkać nowe opracowania ze słynnym wampirem w roli głównej - jak choćby najnowsza powieść Elisabeth Kostovej, "Historyk".
A jakie są "Pamiętniki wampirów" L.J. Smith, na kanwie których powstał serial dla młodzieży o tym samym tytule? Cóż, z pewnością są bardzo... amerykańskie. Już od pierwszych stron możemy się przekonać, że nie jesteśmy właściwymi odbiorcami tej historii opowiadającej o nudnych, płytkich i kompletnie odrealnionych uczniach szkoły średniej, którym zdarzyło się spotkać na swojej drodze wampira. Nawet trudno stwierdzić, czy prawdziwego wampira, bo jakiś taki... zmyślny ten Stefano. Poza tym, podczas czytania, nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że będąc Eleną - mówiąc kolokwialnie - strzeliłabym sobie w łeb nie chcą przedłużać swojego wyczyszczonego z większych emocji, samolubnego i próżnego życia przygłupiej blondynki, której przywidziało się, że jest księżniczką.
Wracając jednak do fabuły - fabuła jest prosta jak budowa cepa: dwaj bracia - którzy niekoniecznie się lubią, kobieta - sprawczyni owej niechęci, Elena - przypadkiem potomkini tej pierwszej, - kółko wzajemnej adoracji - przyjaciele Eleny i jeszcze paru innych dziwnych stworów. Sytuacja wygląda tak, że obaj bracia unikali się przez parę dobrych dziesięcioleci powodowani wzajemną niechęcią i zranionymi uczuciami przez kobietę, która nie mogła wybrać sobie jednego, tylko musiała mieć akurat tych dwóch, a później, przemieniła ich w wampiry (bo sama oczywiście wampirem już była) i spaliła się na słońcu z rozpaczy. Bracia, niczym konie z klapkami na oczach, innych bab nie widzieli, więc się unikali. Aż tu nagle poznali Elenę, to znaczy Stefan poznał, a Damon pojawił się niby przypadkiem i też ją poznał. Na to wszystko pojawia się ta, z której rzekomo popiół został, lekko się wkurzyła, że tamci mają inny obiekt (po stu iluś tam latach, bezczelni!) i postanawia wykończyć towarzystwo. Udaremnia jej to sama Elena i Katherine (ta nawiedzona) tym razem naprawdę się spala. A potem to już z górki, Klaus (wrrrr zupełnie całkowicie brytyjski Joseph Morgan), lisaki, ześwirowani mieszkańcy, wycieczka do Mrocznych Wymiarów (uwierzycie?!), uwięzienie Stefcia i miotająca się w uczuciach Elena (chyba nikogo to nie dziwi, wiedząc ilu już miała). Chyba nic nie pominęłam. Ach tak, śmierć Damona, akurat tego, który najciekawsze dialogi miał...
To wszystko okraszone jedynym w swoim rodzaju językiem infantylnej nastolatki, która robi fatalne wpisy w pamiętniku Eleny i ogałaca swoich bohaterów z czegokolwiek, co pozwoliłoby czytelnikowi choć przez chwilę pomyśleć, że autorka mogła się wzorować na jakimś żyjącym człowieku. Niestety, wszystko to, to jedynie wytwór jej wyobraźni. Dość nieudolny, niestety.
Tym bardziej mnie dziwi, że jednak ktoś zauważył w tej sadze jakiś potencjał i zrobił z tego naprawdę, NAPRAWDĘ dobry serial tv. "Pamiętniki wampirów" są zaledwie inspirowane historią L.J. Smith, a to co z dialogami zrobili Kevin Williamson i Julie Plec zasługuje co najmniej na Emmy. Owszem, nadal będąc Eleną wolałabym się zastrzelić, ale widocznie taki urok tej postaci, że nic nie da się z nią zrobić. Warto za to zwrócić uwagę na Klausa (wspominany już Joseph Morgan)i Alarica (Matt Davis), którzy pokazali w tym serialu kawał dobrej szkoły.
A książki? Cóż, kto chce, ten przeczyta, ale żeby nie było, że nie uprzedzałam ;)
8 maja 2012
Artur Andrus: Myśliwiecka (2012)

Bezapelacyjnie zakochałam się w tej płycie. Już od pierwszych nut "Piłem w Spale, spałem w Pile" wiedziałam, że dano mi możliwość uczestniczenia w czymś niezwykłym, nieszablonowym i - na szczęście - niekonwencjonalnym.
Fantastyczne teksty są niezaprzeczalnym atutem tej płyty, lekkość jej wykonania nadaje jej status niewymuszonego fenomenu, a różnorodność poruszanych tematów sprawia, że ta płyta zwyczajnie się nie nudzi; nie można się nią "osłuchać" - wręcz przeciwnie - drobne smaczki wychwytujemy za każdym kolejnym razem obcowania z Andrusową "Myśliwiecką". "Myśliwiecką" absurdalną, surrealistyczną, kpiarską i co tu dużo mówić, polską.
Utrzymane w konwencji kabaretowej teksty przemycają słuchaczom celne spostrzeżenia dotyczące polaczkowych obyczajów. Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że Andrus wzoruje się troszkę na Wojciechu Młynarskim (a może po prostu mają podobny styl), czego jednak za wadę nie uważam (znając dorobek Młynarskiego).
"Myśliwiecka" jest dowodem na to, że polscy słuchacze szukają czegoś więcej niż tylko amerykańskiej papki bez polotu. Przeciwnie - przykład Artura Andrusa pokazuje, że dorośliśmy do inteligentnych i zabawnych piosenek śpiewanych przez mało muzykalnego faceta po czterdziestce.
15 kwietnia 2012
Anathema: Weather Systems (2012)

Bardzo długo, bo aż całe dwa lata czekałam na tę płytę. Długo i niecierpliwie. Po niezwykłym sukcesie płyty "We're Here Because We're Here" oczekiwałam czegoś tej samej miary, jeśli nie lepszego. "We're Here..." była czymś niespodziewanym, nieoczekiwanym po tego typu kapeli. Ale panowie z Liverpoolu, którzy w swej długiej karierze mają na sumieniu już wszelakie brzmienia metalu powoli, acz skutecznie skłaniali się ku muzyce bardziej klimatycznej. Nie bali się eksperymentować i ryzykować czego efektem jest właśnie "We're Here...".
Czegóż więc można było się po nich spodziewać teraz? Z pewnością apetytu nie zaspokoił zeszłoroczny "Falling Deeper", który podobnie jak "Hindsight" z 2008 roku był zaledwie kompilacją wydanych już utworów pod nieco inną postacią i brzmieniem. Nie ma co ukrywać, "Falling Deeper" szału nie zrobił, nie powalił fanów na kolana, więc wyjścia innego nie było jak tylko zrobić "We're Here Because We're Here Part.2"
I cóż, "Weather Systems" troszkę mnie rozczarował, chyba właśnie dlatego, że jednak okazał się nie być powtórką sukcesu. Wręcz przeciwnie, Liverpoolczycy nie osiedli na laurach i zabrali się ostro do pracy. Owszem, nie wiem zupełnie co stało się z tymi niemalże niewyczuwalnymi przejściami, czy liryką śpiewaną głosem Vincenta. W żadnym razie nie powiem, że płyta jest niedopracowana, bo z daleka słychać, że nie ma tutaj ani jednej zbędnej nutki, żaden dźwięk nie ucieka na rzecz innego. Są wciąż piękne, nasączone subtelnościami teksty, które napełniają żyły nieodpartym spokojem, troszkę rozczulają i pobudzają brakiem trywialności czy słodyczy jak w przypadku "Falling Deeper"; klimatyczna linia melodyczna; charakterystyczne brzmienie Anathemy wzmocnione o odważniejsze kompilacje i fantastyczny głos Vincenta, ale nie jego samego, niestety...
Zgrzytam zębami, gdy w typowy męsko-muzyczny świat wchodzi z butami kobieta i stawia na głowie cały odbiór płyty. Nie twierdzę, że Lee Douglas śpiewać nie potrafi, bo z pewnością robi to lepiej ode mnie; po prostu nie zaszkodziłoby (z całą pewnością), gdyby było jej na tej płycie znacznie, ZNACZNIE mniej. Rozumiem, że miała ona nadać bardziej kobiecy sens, uchwycić niuanse dla mężczyzn obce, lub niepasujące. Czasem nawet jej to wychodzi, wystarczyłoby jednak sprowadzić ją do roli - przepraszam - eksperymentu i gościnnych występów.
Niemniej jednak, jest to płyta, której trzeba koniecznie posłuchać, bo naprawdę warto zanurzyć się choć na chwilę w ten wyjątkowo klimatyczny art rock. Jest jak kawa na nowy początek dnia - świeża, o smaku ukrytym gdzieś pomiędzy brzegiem filiżanki a jej dnem. Emocjonalne piękno z nutką goryczki.
Wydawnictwo: KScope, 2012
Dystrybucja: Rock Serwis
7 kwietnia 2012
Andrzej Pilipiuk: Oko jelenia: Droga do Nidaros

Zupełnie nie wiem, co myśleć o tej książce. W związku z tym, że "Oko jelenia" jest cyklem, stąd też nie spodziewałam się, że akcja rozwinie się i zawiąże już w tym tomie, bo o ile apokalipsa Ziemi już była, spotkanie z wredną łasicą też a nawet pierwszy szok kulturowo-kulinarny związany z szesnastowieczną codziennością o tyle bohaterom Pilipiuka wciąż brakuje... realizmu. Nie oszukujmy się, ciężko będzie Autorowi dogonić fenomen Wędrowycza, który zwyczajnie go przerósł, ale jego słusznym obowiązkiem jest uczłowieczyć tych dwóch gości - Staszka i Marka, bo coś mi się wydaje, że nasza bohaterka powstania styczniowego, niejaka Hela, jest raczej lekko nawiedzona, więc może dać im jeszcze popalić.
To co podoba mi się w tym zwariowanym Pilipiukowym świecie, to zwrócenie uwagi na dysonans pomiędzy wiarą w bóstwa i gusła a prawdziwą wiarą (a jest nieprawdziwa?) w Boga w czasach antypapieskich. Wszelkie dywagacje na ten temat wśród pustych rozmów bohaterów (tak, ciężko mi się pogodzić, że LUDZIE XXI wieku, wykształceni, kulturalni i obyci charakteryzują się taaaką płycizną) mogą trochę dziwić a nawet razić. Mimo wszystko, warto docenić fakt, że Autor uderza w odrobinę poważniejsze tematy. Dojrzewa wraz z bohaterami. I to jest fajne. Udało mu się stworzyć coś niepodobnego do poprzednich książek, choć jednocześnie nie pozbył się swojego "autorskiego" stylu, małej grafomanii, humoru i polotu, dzięki któremu książę czyta się ekspresowo. Polecam.
Wielu z Was może mieć nade mną przewagę i znać wszystkie książki cyklu, wszak ta pierwsza jest z 2008 roku. Ale spokojnie, nadrobię ;)
Aha, P.S. Niech Was nie zraża strona graficzna książki!
Tytuł/Autor: Oko jelenia: Droga do Nidaros/Andrzej Pilipiuk
Wydawnictwo/Rok wydania: Fabryka Słów/2008
Subskrybuj:
Posty (Atom)
















