Pokazywanie postów oznaczonych etykietą artykuły. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą artykuły. Pokaż wszystkie posty

11 grudnia 2011

Świętszy od przenajświętszego

Przy okazji mszy rocznicowej za dziadków odwiedziliśmy dzisiaj nasz parafialny kościół, czego w powszednią niedzielę zazwyczaj nie czynimy mając na uwadze nasze poczucie estetyki i jako takiej godności chrześcijańskiej. Dziś jednak należało być właśnie tutaj, co też uczyniliśmy z najszczerszych chęci. Pomni wielu "cudów" i wyjątkowo "widowiskowej" celebracji nabożeństwa, z lekką obawą zasiadaliśmy do ławek.

I otóż właśnie to. Tuzin ministrantów biegających po ołtarzu, za czym? Ludzie tumanieni przez całe nabożeństwo wszelkiego rodzaju kadzidłami, po co? Msza św. zamieniona w prawdziwą rewię wspaniałości bez skupienia i pietyzmu, dlaczego? Nie rozumiem, w którym z tych elementów ludzie mają dostrzec Boga. Irytuje mnie to tym bardziej, że jestem właśnie na etapie czytania książki Prokopa i Hołowni, gdzie ten drugi robi z ludzi bezbożników, którzy nie chcą i nie potrafią się modlić, a nade wszystko odchodzą od Kościoła, bo nie potrafią go zrozumieć. Na miłość boską! Z całym szacunkiem dla inteligencji tego Pana (o której istnieniu wiem i którą szanuję), nie jestem w stanie pojąć, dlaczego uważa społeczeństwo za bandę debili. Bo właśnie to wynika z jego książkowych wynurzeń. Pedofilię w Kościele i gejowskie sekty w USA uważa za "słabe jednostki", ale człowiekowi, któremu nie imponuje cała ta szopka wskazuje drogę do zrozumienia poprzez rozmowę z księdzem, bo inaczej szatan wylezie mu spod skóry. I ja się teraz pytam, z którym księdzem mam rozmawiać? Który jest na tyle inteligentny, by móc cokolwiek wyjaśnić, skoro nawet kazania namiętnie ściągają z internetu? Któremu w ogóle chce się jeszcze rozmawiać?

A może zwyczajnie powinniśmy masowo zacząć czytać książki Pana Szymona? Tylko co z tego, skoro nic nowego z nich nie wynika. Tak, jesteśmy kosmopolitycznymi katolikami, jakkolwiek dziwnie to brzmi. Nie boimy się mówić, co nas w Kościele razi i co denerwuje. Jednocześnie doskonale zdajemy sobie sprawę z problemu i szukamy drogi wyjścia - o czym Pan Szymon zdaje się być niepoinformowany. Nie szukamy zastępczych bożków, a jesteśmy zwyczajnie ich ciekawi, podobnie jak kuchni, kultury i sytuacji politycznej. Nie potrzebujemy nowej religii, by się dowartościować, podobnie jak nie szukamy nowej żony, gdy obecna zamyka się w drugim pokoju i nie chce porozmawiać.

Ponadto, naprawdę mamy dość mówienia do nas jak do bezmózgich istot prosto z kosmosu; nie potrzebujemy, by powtarzać nam 5 razy to samo, nie ubierając tego nawet w inne słowa. Księże doktorze Marku, rekolekcjonisto, 3/4 z tego bezsensownego gadania wystarczyłoby wywalić, by odnieść się do meritum, pozostawić dobre wrażenie, nie zmarznąć i zdążyć na obiad. Niestety, za dużo głupot się ksiądz naczytał.

26 września 2011

Syndrom Matki Polki?

Namnożyło się nam ostatnio dzieci niczym grzybów po deszczu. Gdzie człowiek nie spojrzy tam dziecko, wózek, dziecko w wózku, bez wózka, obok wózka i z mamą za rękę. Moje koleżanki z liceum dorobiły się już co najmniej jednej pociechy, sąsiadki też nie próżnują. Nawet Kaczyński mówi o polityce prorodzinnej (powiedział akurat ten, który najwięcej do powiedzenia w tym temacie ma) i o tym, że Polacy marzą o wielodzietnej rodzinie, trzeba im jedynie POMÓC ZAPLANOWAĆ. Cóż, może i marzą, pytanie jedynie: "za ile?"

Według raportu opublikowanego przez ekspertów z Centrum im. Adama Smitha* wynika, że utrzymanie dziecka do 20. roku życia kosztuje 190 tys. złotych. Oczywiście wliczamy w to podstawy, czyli wyżywienie, ubranie, leczenie i edukację. No właśnie, edukację. Badania CBOS ujawniły kwotę 662 złotych, które w zeszłym roku rodzice musieli wydać na rozpoczęcie roku szkolnego nie wliczając w to ubezpieczenia czy innych obowiązkowych opłat. Szokiem jest kwota 1000-1500 złotych, którą rodzice wykładają na: plecaki z Hannah Montaną, markowe trampki na w-f za 300 złotych, piórniki z bajerami i garść najnowszych gadżetów, żeby dziecko nie czuło się w szkole niedowartościowane - przez co rośnie pokolenie bezmózgich idiotów, dla których matura będzie egzaminem nie do przejścia.

Doliczmy do tego wakacje, ferie, nowy rower i nadzieję, że nasze dziecko będzie miało jakieś zainteresowania typu: gra na jakimś instrumencie, nauka języków obcych czy szkoła tańca. Przy czym nikt nam nie zagwarantuje, że dzieciak nie zostanie z dnia na dzień bandytą, który skończy w więzieniu i będzie nam mógł pomóc na stare lata.

Wszyscy wiedzą, po co rodzą się dzieci - z wpadki albo ku uciesze rodziców, bo fajnie byłoby mieć takiego rozkosznego bobasa. Następnie robi się miliony zdjęć (za które późniejszy nastolatek ma ochotę zabić rodziców) i publikuje "słitaśne" zdjęcia na wszelakich możliwych portalach społecznościowych po to, by wszyscy znajomi mogli obejrzeć konsystencję kupki lub wymiocin. Publikując udokumentowane dzieciństwo takich pociech rodzice zupełnie zapominają o czymś tak banalnym jak prawo do prywatności. Sami oburzając się na sąsiadów zaglądających w okna, wrzucają w globalną sieć obdarte z prywatności maluchy ku uciesze pedofilów, innych zboczeńców i nawiedzonych matek, które porównują dzieci i z ulgą przyznają, że ich są ładniejsze, mądrzejsze i ogólnie lepsze od wyprawki po pochodzenie. Absurd? To dlaczego facebook czy nasza-klasa zapełniona jest fotkami dzieciaków jako zdjęć profilowych swoich rodziców?

Do wyprawki za 190 tys. złotych musimy dorzucić więc dobry aparat z pojemną kartą pamięci.

Nie, absolutnie nie jestem na nie. Lubię dzieci. Nawet znam osobiście kilka. Obawiam się jednak, że rodzice powołując na świat malucha nie do końca zdają sobie sprawę z konsekwencji, bo o ile utrzymanie jednego kosztuje fortunę, to jakich nakładów pieniężnych potrzebuje dwójka? I tutaj ponownie odwołuję się do ekspertów z Centrum im. Adama Smitha, którzy wyliczyli kwotę 322 tys. złotych (gdzie zakładamy, że wychowanie pierwszego będzie nieco oszczędniejsze i wyniesie zaledwie 80% założonej sumy). Zatem pytanie: "ile kosztuje utrzymanie rodziny wielodzietnej?" jest wielce ryzykowne. Po co więc wszystkie te przedwyborcze fanaberie i próba umoralniania społeczeństwa?

Skąd facet, stary kawaler miałby wiedzieć ile pieniędzy i zachodu wymaga urodzenie i wychowanie dziecka? Wydawało mi się zawsze, że ilość posiadanych dzieci to wybór rodziców, a że polskie społeczeństwo w większości woli mieć niż być, to i ma więcej dzieci kosztem... właśnie tych samych dzieci. Może zamiast kalendarzyka poczęć na kursach przedmałżeńskich lepiej rozdać wykaz kosztów wychowania potomstwa? Tak się składa, że pudło żarcia dla kota kosztuje mniej niż jeden słoiczek papki Gerbera, a na ile dłużej wystarczy? Społeczeństwo należy uświadamiać a nie tłamsić w ciemnogrodzie i pseudo-świadomości, że skoro Bóg dał to i Bóg wychowa.

*http://wolnemedia.net/spoleczenstwo/ile-kosztuje-dziecko/

30 sierpnia 2011

Samozwaniec tom III - protest

Ja nie wiem jakim cudem w kraju Szymborskiej, Kossakowskiej czy nawet od biedy Pilcha panuje tak minimalna świadomość lektury i jeszcze mniejsza potrzeba owej świadomości. Że ludzie książek nie czytają, to już norma (lepiej posłuchać audiobooka czytanego przez mlaskającą Dereszowską), a już w ogóle wspaniale jest zrobić poranny przegląd Pudelka i niech to wystarczy. Mnie nie wkurza szerząca się z telewizora głupota, mnie zwyczajnie denerwuje podejście do czytelnika.

Bo gdybym tak nie wybrała się dziś do empiku to nadal żyłabym sobie w nieświadomości i z niecierpliwością czekała na premierę Samozwańca. Żadnej, kompletnie żadnej informacji na temat premiery (prócz przypuszczeń Autora). Totalny tumiwisizm intelektualny. Ale żeby tak, cholera jasna, jeden dzień o Dodzie nic nie napisali to byłby chyba koniec świata.

Gdzie tu u licha jest w tym wszystkim miejsce na szacunek dla czytelnika? Z każdej strony media miauczą, że poziom czytelnictwa jest tragiczny; lektury szkolne miałkie i nijakie; a młodzież głupia jak but z lewej nogi. A jaka ma niby być, jeśli karmi się ją wyrzyganą papką a la Taniec z gwiazdami czy inne ustrojstwo? Czemu program nauczania zakłada, że rodzice muszą z dzieciakami jeszcze raz przerabiać lekcje? Kto ma na to u licha czas w tym piekielnie drogim kraju? Chyba przenajświętszy Kaczyński, bo on nie kupuje w Biedronce, ale i chorowitego kota zamiast dzieci ma - to się sprawa rozwiązuje. Zwykli pracujący ludzie czasu tego nie mają, poza tym nie po to wydają setki złotych na podręczniki i zeszyty, żeby smarkacze w nosie dłubali podczas lekcji.

Czemu człowiek jest dobry/najlepszy, gdy kupuje książki, ale zupełnie denerwujący, gdy ma jakieś "ale"? Otóż ja mam "ale". Wystarczająco długo czekałam na tę książkę, by ktoś potraktował mnie jak zło konieczne. Jestem w stu procentach przekonana, że nie jestem odosobniona w tym uczuciu, poza tym Samozwaniec Jacka Komudy jest tylko jednym przykładem z wielu olanych wydawnictw, gdzie czytelnicy winni być chyba wróżkami. Kompletnie zignorowana przez mass media idę czytać tę zatrważająco cienką powieść.

Wszystkie te nieprzyjemności i utrudnienia może załagodzić jedynie wizyta Autora w Rzeszowie.

Autor/Tytuł: Jacek Komuda/Samozwaniec tom III
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Rok: 2011

5 maja 2011

Coby nie było...

Powiem tak - sprawa wygląda kiepsko: nie czytam, nie oglądam, słucham jedynie przez zapomnienie. Nie wiem co w kinach grają, bo i tak nie mam czasu iść, telewizor wyniosłam na strych, bo przeszkadzał, a w internecie tylko poczta i fejsbuk, bo Wampiry dodają raz w tygodniu, to nadążam. Jedną książkę męczę już drugi tydzień i jest znikoma szansa, że ją skończę, a drugiej nawet nie zaczynam, bo i tak mi się nie spodoba. Ponoć gdzieś na jesień ma wyjść nowa powieść Komudy, to może zaczekam.

Póki co, tworzę sobie takie coś i bardzo potrzebuję, żeby mnie wszyscy lubili ;) A przynajmniej ta część, która zna się na dobrej kawie.

7 listopada 2010

Przełamujemy tabu: Kazirodztwo

Usłyszeliśmy o kazirodztwie dopiero wtedy, gdy zboczeńcy sami weszli do naszych domów czy to za sprawą newsów informacyjnych, artykułów w gazetach, sensacjach plotkarskich. Wpuściliśmy w nasze ciepłe, przytulne i bezpieczne domowe ogniska dewiatantów, pederastów i pedofilów. Musieli dopiero mocno zastukać w nasze szklane ekrany, żebyśmy zobaczyli bezmiar szkód i krzywd, jakie wyrządzili. Żebyśmy się przekonali, że polityka i wiara nie są najistotniejsze, a wszelkie dysputy są niczym przy ludzkiej tragedii. Tragedii zupełnie realnej, bo sąsiedzkiej.

Tabu lekiem na zło
Kazirodztwo – przestępstwo polegające na dopuszczeniu się obcowania płciowego w stosunku do dziecka bądź rodzeństwa. Stypizowane w art. 201 Kodeksu karnego z 1997 jako występek. Czyn zabroniony również w kodeksach karnych z 1969 i z 1932 (w tym ostatnim w węższym zakresie, ponieważ zakazowi nie podlegało obcowanie z osobą przysposobioną lub przysposabiającą).

USTAWA z dnia 6 czerwca 1997 r. Kodeks karny
(Dz. U. z 1997 r. Nr 88, poz. 553, z późn. zm.)
Art. 201 [Kazirodztwo]Kto dopuszcza się obcowania płciowego w stosunku do wstępnego, zstępnego, przysposobionego, przysposabiającego, brata lub siostry, podlega karze pozbawienia wolności od 3 miesięcy do lat 5.

Zaczęło się od mitologicznego Edypa i jego związku z własną matką. Później była historia biblijnego Lota (Księga Rodzaju), który po ucieczce ze skazanej na zagładę Sodomy, uszedł wraz z córkami w bezpieczne miejsce w góry. Tam jego córki, upoiwszy ojca winem, dopuściły się kazirodztwa współżyjąc z nim. Owocami tego związku byli Moab i Ben-Ammi. Bliższy nam czasowo Freud, twierdził, że wszyscy mamy ukryte głęboko skłonności kazirodcze, ale presja społeczeństwa, i zmowa milczenia, jaką jest związek między osobami spokrewnionymi, pozwala zwalczyć nam ten pociąg. Ale nie tylko. Freud wysnuwał daleko idące wnioski łączące atrakcyjność fizyczną z atrakcyjnością seksualną, co jest oczywistym niedomówieniem a nawet błędem. Ponadto zakładał, że wszystkiemu winne są tabu i zakazy społeczne odpowiednie do środowiska, w jakim się żyje. Propagował wolność pozwalającą na dosłownie wszystko, bez tłamszenia w sobie popędów i pokus.

Natomiast fiński socjolog, Edward Westermarck, twierdził, że ludzie nie uznają swoich bardzo bliskich krewnych za atrakcyjnych seksualnie, a tabu tkwi w samym umyśle, co ni mniej ni więcej oznacza, że mężczyźni nie tworzą związków seksualnych z matkami i siostrami nie z powodu norm społecznych, lecz po prostu dlatego, że nie pociągają ich osoby, z którymi się wychowali. Jest to teoria racjonalna, która znajduje wyjaśnienie w naturze społeczeństwa. Nie rozwiązuje jednak problemu, z którym przyszło nam się zmierzyć w chwili obecnej.

Potomstwo czy Potworki
Historia udowodniła, że owszem, kazirodztwa próbować można, natomiast co z tego wyniknie, to już wielka niewiadoma. Przykładem może być dynastia Habsburgów, w której pojawił się genetyczny „potworek” w postaci króla Hiszpanii Karola II (1661-1700), właściciela ogromnej, wiecznie oślinionej dolnej wargi, uniemożliwiającej zamknięcie ust. Ale po co szukać, aż tak daleko? Obie księżniczki, żony polskiego króla Zygmunta Augusta (1520-1572) pochodziły ze związków kazirodczych, przez co cierpiały na epilepsję i zaburzenia psychiczne. Dla nas chore- im wydawało się naturalne, wszak takimi sposobami krew ich potomków wciąż pozostawała błękitna.

Rany
Wstyd. Strach. Gniew. Emocje od lat tłamszone, trzymane głęboko w sobie, bez cienia możliwości zdradzenia choćby skrawka, bez szans na rzucenie podejrzeń. Strach i gniew. I ogromny, paraliżujący wstyd, który każe trzymać buzię na kłódkę, milczeć, gdy tak bardzo potrzebuje się krzyczeć. Zobojętnienie. Na wszystko, na najlżejszy dotyk, nachalne spojrzenie, niecierpliwe gesty. Na brutalne rozszarpywanie świadomości. Jeszcze raz i jeszcze raz… I kolejny raz. Bez końca.

Tak było w przypadku czternastoletniej dziewczynki z Podlasia, przez długie lata gwałconej przez 40-letniego ojca. Kiedy się broniła, bił ją po twarzy. Dopiero matka dziewczynki zgłosiła sprawę na policję. Na pytanie, dlaczego tak późno- twierdziła, że nie wiedziała, co dzieje się w jej własnym domu. Również mieszkańcy tej miejscowości nabrali wody w usta tłumacząc, że każdy ma swoje problemy i nikomu do sypialni nie zagląda. Ojciec dziewczyny przebywa na oddziale psychiatrycznym, by można wykazać czy był w pełni świadomy swych czynów.

Jednak Europa przeżyła prawdziwy szok za sprawą Austriaka, Josefa Fritzla, który przez 24 lata przetrzymywał w piwnicy swoją córkę, Elisabeth i ich sześcioro dzieci (jedno zmarło przy porodzie). Sprawa wyszła na jaw, gdy jedno z dzieci poważnie zachorowało i wymagało hospitalizacji. Fritzlowi postawiono poważne zarzuty m.in. morderstwa syna, wielokrotnych gwałtów, czynów kazirodczych, czynów pedofilskich dokonywanych na swej córce oraz pozbawienia wolności pozostałych swoich dzieci. Po trwającym zaledwie tydzień procesie, sąd skazał go na dożywocie. Tą historią żył cały świat.

My mamy swojego Fritzla, czyli Krzysztofa B., który przez sześć lat więził i gwałcił własną córkę, Alicję. Dwaj synowie z tego „związku” trafili do adopcji, jednak sprawa odbiła się szerokim echem w polskim społeczeństwie. Mężczyzna przebywa w areszcie i czeka na proces sądowy, który zapowiada się na ostrą batalię, gdyż Alicja ma nadzieję również na to, że i jej matka znajdzie się na ławie oskarżonych, jako ta, która o wszystkim wiedziała a nawet wspierała męża.

Takich wydarzeń nie trzeba szukać daleko. Przypadek kazirodztwa miał też miejsce pod Łańcutem, gdzie Józef C. wraz ze swoją, w chwili obecnej szesnastoletnią córką, począł dwójkę dzieci. Jego proces wciąż trwa. Sąsiedzi nie mogą uwierzyć w to, co się stało - wydawali się taką normalną rodziną- mówią.

W województwie zachodniopomorskim trwa proces mężczyzny oskarżonego o czyny kazirodcze, gwałty i pedofilię na swojej córce, którą wykorzystywał przez dziesięć lat płodząc pięcioro dzieci, z których matka zatrzymała tylko dwoje. Mężczyźnie grozi od 3 miesięcy do 5 lat pozbawienia wolności.

Przypadkiem, który łamie stereotyp kata i ofiary może być sprawa Mirosława H. i jego córki Arlety, która urodziła ojcu sześcioro dzieci. Ich związek był wielką tajemnicą we wsi pod Lipinami (zachodniopomorskie), choć sąsiedzi od dawna podejrzewali co się dzieje w tym domu. Sprawą zajęła się prokuratura, gdy okazało się, że z 51-letnim Mirosławem i Arletą mieszka także dwunastoletnia Żaneta, być może również zmuszana do kazirodztwa. Ani Arleta, ani jej ojciec nie zgodzili się za badania DNA pozwalające zidentyfikować poziom pokrewieństwa między Mirosławem a synami Arlety. Oboje usłyszeli zarzut kazirodztwa. Sprawa jest w toku.

Czym tak naprawdę jest podyktowane kazirodztwo? Czy to tylko syndrom „zastępczej żony” nieraz schorowanej, starzejącej się, tracącej apetyt na seks? A może taki związek spowodowany jest autentycznymi uczuciami krewnych? Jest też inne wytłumaczenie- jest nim skrajnie patologiczny przypadek Josefa Fritzla, który tak naprawdę otworzył nam oczy na ogrom zła dziejącego się w wielu rodzinach. Paradoksalnie, to dzięki niemu zaczęto śledzić zagrożone patologią dzieci; to on wywołał batalię społeczną na całym świecie; wreszcie to przez niego dostrzeżono inne takie rodziny i zaczęto o nich mówić. Krzywdzone dzieci zaczęły krzyczeć, wołać o pomoc. Nikt, dosłownie nikt nie ma prawa decydować o czyimś losie. I to jest ŚWIĘTE, NIEZBYWALNE prawo każdego człowieka.

Do Ciebie
Należy tępić wszelkie oznaki kazirodztwa! Porzućmy hipokryzję i wreszcie przestańmy nie zauważać, że ten problem dotyczy naszego społeczeństwa. Społeczeństwa coraz bardziej chorego, brudnego, staczającego się po równej pochyłej w dół ciągnąc innych - tych, którzy choć mogą, to nie chcą mówić. Nie bądźmy manekinami na wystawie głupoty i próżności! Nie mówmy, że jest źle i że to wina systemu. To nasza wina. Każde skrzywdzone dziecko to zadra na naszym sumieniu. Mówmy o tym głośno, bo problem sam nie zniknie.

Hej Zboczeńcu! Nie dość Ci wrażeń? Nie dość Ci przygód i konstytucyjnych praw? Nie wystarcza Ci to co masz, że tak łapczywie, tak bezczelnie wyciągasz rękę po więcej? Bawi Cię kalanie niewinności swojego dziecka? Na takich jak Ty nie ma lekarstwa. Nie ma zapomnienia. I nie ma przebaczenia.

24 października 2010

"Zacząłem pisać i tak mi zostało" - J. Komuda

Właściwie to trochę mi wstyd za to zaniedbanie. Ale nazbierało mi się tyle spraw, tyle innych myśli potrzebujących przemyślenia i zrealizowania już teraz, że zabrakło czasu dla mnie samej. Mechanicznie słucham muzyki układając szkic recenzji, filmy stały się złem koniecznym, choć ciągle zachwycam się "Zakochanym Aniołem"... Nawet czytam jakby mniej i jak zawsze Komudę. Uznając go za mężczyznę zupełnie innego niż ten, za którego go brałam, jestem zachwycona tym, jak bardzo człowiek mylić się może w swojej ocenie. A poznałam go na spotkaniu autorskim w rzeszowskim Empiku na Lisa Kuli.

Jacek Komuda jest autorem wielu powieści osadzonych w XVII- wiecznej Polsce. Ponadto jest współautorem gry fabularnej „Dzikie Pola” oraz scenariuszy do gier komputerowych „Wiedźmin” i „Earth 2160”. Komuda dał się poznać czytelnikom jako pierwszy rycerz polskiej prozy szlacheckiej i samozwańczy historyk, który nie mydli oczu, ale buduje fabułę na rzeczywistych faktach i nie stroni od odniesień do historii. Nielubiany za swój język i styl, które ponoć mają bardzo mało wspólnego z XVII wiekiem, bawi się negatywnymi opiniami i pracuje nad kolejnymi książkami. Po Jacku Dydyńskim, według autora, bohaterze nie do końca udanym, przyszedł czas na syna Samuela Zborowskiego herbu Jastrzębiec, który w 1584 roku został ścięty na dziedzińcu zamku wawelskiego.

Jak przyznał - Debiut był ciężki, a czytelnicy pisali do mnie z prośbą, abym więcej nic nie pisał. Ale zacząłem pisać książki i tak mi zostało – powiedział. Autor starał się przybliżyć fanom swoją pracę, sposób, w jaki przygotowuje się do pisania książki oraz żartobliwie wytłumaczyć się ze swej niechęci do Henryka Sienkiewicza, której daje wyraz w swoich książkach - Nie jestem wrogiem Sienkiewicza, ale nie chcę pisać na jedną nutę z osiemdziesięcioma innymi pisarzami, którzy wzorują się na nim i obrali jego schemat pracy.

Przyznaje, że zdarzają się błędy historyczne, od których nie można się uchronić, choćby dlatego, że błędne założenia i fakty podaje źródło, z którego autor korzysta. Z psotnym błyskiem w oku dodaje - Konstruując scenę miłosną w karocy („Bohun”) chciałam pokazać ile zachodu potrzeba było, by rozebrać kobietę. Był to żywy przytyk do literatury pięknej, o której nie ma najlepszego zdania.

Jednak mówić, że Jacek Komuda pisze tylko o Polsce rycerskiej byłoby sporym niedopowiedzeniem – jego morskie opowieści „Czarna bandera” i „Galeony wojny” oraz zbiory opowiadań z pogranicza fantastyki, np. „Imię Bestii” są ogromnie popularne. Podobnie jak ich autor, choć sam od tej popularności nieco stroni – Nie jestem medialny ani polityczny. Nie mam konta na facebooku, nie pokazuję się z psem, nie oprowadzam po domu. Cenię swoją prywatność i chcę, aby czytelnicy postrzegali mnie przez pryzmat mojej pracy.


Jak sam przyznaje, jest zmęczony po wydaniu trzech książek w jednym roku („Banita”, „Samozwaniec”, „Krzyżacka zawierucha”), dlatego już ostatnia powieść jest nieco inaczej pisana od pozostałych – charakteryzuje ją inna akcja i lżejszy styl. „Krzyżacka zawierucha” dzieje się 50 lat po Grunwaldzie a powstała przypadkiem podczas pracy nad scenariuszem do filmu fabularnego, którego bohaterem będzie Zawisza Czarny.

Jacek Komuda okazał się przystępnym, otwartym na swoich sympatyków człowiekiem, któremu nie straszne dziwne pytania i trudne warunki zewnętrzne, jakie panowały wokół. Ceni sobie czas poświęcony jego bohaterom i zdradza motywy, które przyświecają pisaniu książek – Pisząc „Czarną banderę” oczami wyobraźni widziałem, jak Orzeszkowa przewraca się w grobie. Jednak najważniejsze jest, że Polacy przestali się swojej historii wstydzić i chętniej sięgają po tego typu powieści.

9 września 2010

Dama w salonie i dziwka w łóżku

Przerzucając strony typowo babskiego pisma, zupełnym przypadkiem trafiłam na listy czytelniczek. Tam jakiś marniutki redakcyjny fantasta spłodził żarliwy list (do redakcji, naturalnie), w którym błaga (oczywiście redakcję) o pomoc.

Jak się okazuje, szanowna Zrozpaczona podejrzewa męża o notoryczne zdrady przez co czuje się stara i brzydka. Ponadto nie ma najmniejszej ochoty na seks, bo nie przestaje myśleć o mężu bzykającym jakąś laskę. Z drugiej strony nie chce rozwodu, bo wciąż go kocha...

Odpowiedź redakcji była natychmiastowa i wyczerpująca... Kilka stron dalej wielki tytuł ogłaszał: "Bądź sexy, wybij mu z głowy inne". Jak się okazuje, na faceta nie ma innej rady jak modne ostatnio (i coraz tańsze przez wzgląd na zapotrzebowanie) odsysanie tłuszczu, weekend w SPA, szalone zakupy (z szalonymi cenami), tapeta pudru (oczywiście nadal króluje naturalny makijaż), ćwiczenia pochwy i pozytywne (musi być mój, bo umrę) myślenie.

Nie pierwszy raz słyszę, że kobieta musi być damą w salonie i dziwką w łóżku, ale dlaczego, u licha, nikt jej nie powiedział (ani milionom innych), żeby zostawiła gościa i zamiast ratować małżeństwo - ratowała siebie? Bo byłoby to zdecydowanie tańsze w skutkach, przez co wszystkie te SPA i operacje plastyczne nie miałyby takiego wzięcia? Bo nie mieliby o czym pisać, przez co wszystkie te babskie magazyny nie byłyby tak szaleńczo rozchwytywane przez inne tego typu Zrozpaczone? Ale oczywiście dziś w dobie MasterCard wszystko jest możliwe. Nawet większe debety na szczytny, bądź co bądź, cel...



To nic, że facet dzień w dzień tłucze babę czym popadnie, a w nocy "musi odreagować życie z kobietą, która go w ogóle nie rozumie", skoro każdego ranka owa kobieta w drodze po bułki na śniadanie, kupuje kolorowe magazyny i niczym łupy wojenne chowa przed mężem. A kiedy on powalony dostateczną ilością alkoholu odsypia "trudy małżeńskiego życia", ona z zapartym tchem pochłania wszystkie te teksty niczym magiczne zaklęcia i marzy o pewnej siebie, ubranej w cudownie modne ciuchy kobiecie, która w rzeczywistości boi się spojrzeć w lustro, bo i tak wie, że zobaczy tam zaszczute zwierzę.

No cóż, prawda nie popłaca, bo prawdę zna każdy. Liczy się dobre wrażenie, obłuda ubrana w ładne sukienki i reklamująca najdroższe kosmetyki. I ta pewność siebie sprzedawana na każdym rogu...

29 lipca 2010

Być z ludu

Żyjemy w czasach, kiedy żeby coś osiągnąć, trzeba zostać dostrzeżonym. Kiedyś wystarczyło być rzemieślnikiem w danym zawodzie. Dziś nie wystarczy być rzemieślnikiem, trzeba być kimś więcej, trzeba się wyróżniać na tyle, by ktoś to dostrzegł.

Ewolucja internetu oraz szybki jego rozwój na poszczególne portale, serwisy tematyczne i blogi zmusza internautów, czyli osoby korzystające z sieci, do szybszego, a przede wszystkim wygodniejszego, korzystania z jego dobrodziejstw. Paradoksalnie, internet, który miał nam udostępnić lepszy zasięg informacji, sprawił, że staliśmy się jeszcze bardziej niecierpliwi i żądni faktów. Faktów, które możemy wyczytać podczas przerwy w pracy, między lekcjami w szkole, czy wieczorem, gdy zmęczeni po całym dniu szukamy relaksu przed komputerem. Ale czy tylko? Do niedawna panowało przekonanie, że internet ma przede wszystkim dać nam możliwość poznania świata. Skoro więc możemy bez wychodzenia z domu wiedzieć, co dzieje się 360 stopni wokół nas, to dlaczego nie moglibyśmy poznać ośrodka tego wszechświata, czyli nas samych - społeczeństwo? Jak? Najprościej. Dlaczego nie mielibyśmy sami tworzyć rzeczywistości?

Everyone's reporter

Dziennikarzem obywatelskim może być każdy z nas. I najczęściej właśnie jest. Nieobce są nam przecież dłuższe komentarze na wszelakich forach; recenzje filmów czy książek dodawane na stronach sklepów wysyłkowych; krótkie informacje (i zdjęcia) o spotkanych gwiazdach telewizji umieszczane na portalach plotkarskich... Przykłady można mnożyć bez końca.

Dziennikarstwo obywatelskie to wciąż nowość dla społeczeństwa, które dopiero je poznaje, uczy się akceptować i powoli zdaje sprawę, że na stałe zagościło w jego życiu. Dla sporej grupy odbiorców nie ma znaczenia, kto przygotował materiał - czy był to zawodowiec, czy dziennikarz-amator. Z pewnością część z nich docenia pracę autorów, stara się ich obiektywnie ocenić. Pozostali natomiast krytykują, z założenia uznając, że dziennikarz-społecznik, często bez zaplecza w postaci dziennikarsko-polonistycznego wykształcenia, to niedouczony laik, któremu się tylko wydaje, że jest dziennikarzem.

Natomiast dziennikarz obywatelski sprawia, że nie jesteśmy tylko biernymi czytelnikami. Serwisy wolnego dziennikarstwa dają możliwość zaistnienia przed szeroką publicznością, sprawdzenia swoich umiejętności. Natomiast dla młodych adeptów dziennikarstwa jest to doskonałe miejsce na zmaganie się z kapryśną publiką i uodpornienie się na różne, nawet najmniej przyjemne opinie na temat swojej pracy. Amatorskie prace są ostrzej i dokładniej analizowane przez czytelników - mogą oni pozwolić sobie na więcej niż w stosunku do materiałów, które piszą profesjonaliści. Ponadto jest to swego rodzaju „głos ludu", wiele mówi się o komercji i braku rzetelności profesjonalnych dziennikarzy - tutaj tego nie ma i czytelnicy coraz częściej czytują teksty DO zwyczajnie szukając w nich obiektywnej, prawdziwej informacji.

Taka praca często owocuje artykułami stanowiącymi przepustkę do świata poważnych mediów. Dawniej, by zaistnieć w tym środowisku, należało przejść długą drogę od najniższego szczebla w redakcji, podczas której trzeba było budować swój autorytet dziennikarski. Dziś droga ta jest wciąż jedną z najczęściej obieranych ścieżek prowadzących do zawodu dziennikarza, jednak wielu osobom, dzięki angażowaniu się w tworzenie tekstów pro publico bono, udaje się znacznie skrócić szlak dzielący ich od „profesjonalnej redakcji". Każdy może usiąść przed komputerem w kapciach i szlafroku, i popijając gorącą czekoladę napisać coś, co przeczytają nawet setki tysięcy internautów, i co być może w jakiś sposób wpłynie na ich sposób myślenia, na sposób postrzegania świata. Ale fenomen DO polega przede wszystkim na tym, że nie jest ono przeznaczone dla elit - każdy może publikować i przeżyć swoje pięć minut sławy.

To, co z pewnością można powiedzieć o dziennikarstwie obywatelskim to to, że jest „od ludzi dla ludzi" i to chyba najprostsza i najlepsza charakterystyka tego fenomenu. To wprost genialne źródło informacji o społeczeństwie, o jego nastrojach, preferencjach wyborczych i gustach. O ile statystyki mogą być niemiarodajne, o tyle dziennikarstwo obywatelskie okazuje się być wyrocznią w tych sprawach.

Być z ludu


Słowo „obywatel" jest dziś najmodniejszym słowem niezależnie od kraju czy kontynentu. Nie mają znaczenia ugrupowania polityczne, religijne czy społeczne. Każdy chce być obywatelem. „Obywatel" nie musi być majętny, dobrze wykształcony i wysoko urodzony. Wręcz przeciwnie - w niektórych kręgach społecznych obywatel to człowiek pochodzący ze średniej klasy społecznej, bez wykształcenia i koneksji. Przez co tak bliski każdemu.

Internautą, podobnie jak obywatelem, może być każdy. Każdy, kto choć raz na jakiś czas przegląda strony internetowe. Nieważne po co, kiedy i ile. To, czy każdy internauta ogląda filmiki, pornografię i pociąga piwo z butelki, tak naprawdę interesuje tylko socjologów. Bezpiecznie schowani za swoimi monitorami, czują się zupełnie bezkarni w akcie deprawowania innych. Są recenzentami, prześmiewcami, odkrywcami i komentatorami. Przede wszystkim jednak są osobami, które tworzą historię internetu.

Mimo wszystko, jest znaczna różnica między internautą a dziennikarzem obywatelskim. O ile ten pierwszy spędza czas w sieci, o tyle DO pracuje dla niej. Czy możliwe jest istnienie jednego bez drugiego? Jaki sens miałoby wtedy dziennikarstwo obywatelskie? Przecież dziennikarz publikuje po to, by użytkownicy sieci mogli go poczytać, zapoznać się z jego uwagami i wyrazić własne poglądy. Co z kolei jest wyznacznikiem, w którą stronę powinien skierować się autor, czy powinien nadal zajmować się sprawami społecznymi albo bliżej zapoznać z faktami dotyczącymi opisywanego tematu. Brak rzetelności i obiektywizmu to najczęściej krytykowane grzechy nieprofesjonalnych dziennikarzy.

Czy jednak potencjalnego internautę można nazwać czytelnikiem? Jacob Nielsen, jeden z najsłynniejszych specjalistów od budowy stron internetowych, twierdzi w swojej książce, że użytkownicy owszem, korzystają z sieci, ale tak naprawdę nic z niego nie wynoszą, a jakikolwiek artykuł jest tylko ciągiem słów, które można przeczytać dokładnie i ze zrozumieniem, ale można również poprzestać na śródtytułach i pogrubionych zdaniach.

Prawda leży jednak po środku. Nie można generalizować i wszystkich internautów-czytelników sprowadzać do analfabetów, którzy jedyne, co napiszą to: „Gópi artykół. Weś sie za gotowanie". Niestety plaga analfabetyzmu szerzy się w zastraszającym tempie i ogarnia coraz większą część społeczeństwa. Powodów tego zjawiska jest wiele: od lenistwa począwszy, na trollingu skończywszy. Z drugiej strony, o tym, jak uważny potrafi być czytelnik, wie chyba każdy, kto publikuje w sieci. Taki wymagający czytelnik boleśnie (i złośliwie) wytknie autorowi wszystkie błędy, literówki, fatalny styl a nawet śmieszność podjętego tematu. Chociaż nikt nie mówi tego głośno, to większość dziennikarzy cieszy się z takiego zainteresowania. Skoro nie potrafią pisać dobrze, to mogą pisać byle jak, byle się sprzedało. A błąd na błędzie potrafi być bardziej popularny niż kontrowersyjny temat.

Ja sobie, ty sobie

Źle, gdy pisze o seksie. Gorzej, gdy o nim nie pisze. Kościół to temat tabu i nie powinien o nim pisać, ale z drugiej strony, dlaczego jest taki łagodny w swoich osądach? Dzieci? Aborcja? Kultura? Jak najbardziej! Trzeba propagować odpowiednie wartości etyczne i moralne. Ale czy musiał poruszać temat homoseksualistów? Niech się lepiej polityką zajmie, to temat rzeka i jaki bezpieczny!

Dziennikarstwo obywatelskie to nie tylko podawanie faktów, mówienie o bieżących wydarzeniach, czy komentowanie wyników sportowych. To opowiadanie o sobie, o pani z warzywniaka, o miejscach, które nas zachwyciły. Czasem to po prostu blogowe zapiski, innym razem opowiadanie. Wszystko to ma pomóc ludziom w otworzeniu się, w dotarciu do innych, którzy być może mają podobne doświadczenia i też zechcą o nich opowiedzieć, podzielić się nimi. Ważne jest budowanie więzi między dziennikarzem a internautą. Uświadomienie mu, że przecież dziennikarz pisze właśnie do niego. Do całej grupy, bądź do każdego z osobna.

Internauci potrzebują chleba i igrzysk, a raczej krwi, która lać się będzie strumieniami. Nie jest więc dla nikogo zaskoczeniem, że pojedzeni, napici i wygodnie rozparci przed komputerem wołają AVE, CAESAR! i z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku przechodzą na kolejną stronę, na kolejnym portalu, tylko po to, by po raz kolejny wyładować swoje niezadowolenie i za dnia chowane głęboko frustracje.

21 lipca 2010

Wiara wiarą a Polak Polakiem

Znowu będzie żem obrazoburcza i anty PiSowska, ale czy może mi ktoś wytłumaczyć, po co krzyż pod Pałacem Prezydenckim? Czy Polacy zgłupieli już do reszty i teraz nic tylko będą krzyże i kościoły pod wezwaniem św. Lecha stawiać? A może przechrzcimy ronda z Jana Pawła na Lecha i Marię? Przecież to zupełnie nic nie kosztuje! Nie kosztuje pomysłodawców, bo za wszystko płaci największa fundacja charytatywna jaką znam, czyli podatnicy.

Krzyż przed Pałacem Prezydenckim ustawili harcerze i harcerki z różnych związków ruchu skautowego, skupieni w ruchu "Inicjatywa Polsce i bliźnim". Tekst na przybitej do krzyża tabliczce głosi: "Ten krzyż to apel harcerzy i harcerek do władz i społeczeństwa o zbudowanie tutaj pomnika".

Po raz kolejny- hipokryci!

Do tej pory sądziłam, że krzyż pełni symboliczną wartość katolicyzmu, teraz widzę, że można go sobie wybudować, wyrzeźbić, ba! ulepić z plasteliny i postawić, gdzie się komu żywnie podoba. I wcale nie trzeba patrzeć na resztę katolików, bo po co? Nie jestem za PiSem, to żaden ze mnie katolik? A niechby jeden z drugim do prawdziwej pracy poszli, niech idą drogi robić w 40 stopniowym upale, niech do kopalni pójdą na tydzień- od razu im się światopogląd zmieni. Co to do cholery za samowolka jest? Czemu nikt mnie o zdanie nie zapytał, czy ja chcę, czy się identyfikuję, czy skoro prezydentem mojego kraju owy człowiek był, to czy chcę go w taki sposób uhonorować? Wszak "męczeńską" śmiercią zginął...

Nie drodzy państwo, nie chcę. Nie jest mi to do niczego potrzebne. Chcę pooglądać sobie krzyże i święte obrazki to do kościoła idę, nie mam daleko. Ale z miejsca publicznego, które ma niezwykłe znaczenie dla Polaków robić arenę walk politycznych, bo nim jak inaczej mam rozumieć ustawianie krzyży na Krakowskim Przedmieściu? A co z obcokrajowcami? Mało się jeszcze z nas śmieją? Lepiej żeby mówili cokolwiek niż wcale, co to filozofia Pudelka?!

"A w Polsce jak kto chce"


Najciekawsze w tym wszystkim jest zdanie samego Kościoła: Kościół tego krzyża nie stawiał – powiedział biskup Tadeusz Pieronek dla TVN24. Podkreśla przy tym stanowczo: - Tam, gdzie się broni krzyża, tego się nie widzi. A gdzie się robi manipulację wokół krzyża, to już tak. O czym to świadczy? Przede wszystkim o samowoli budowlanej, pysze i zadufaniu polskich polityków.

Lech Kaczyński zmarł śmiercią tragiczną (jak wszyscy już wiedzą) na własne życzenie. Dlaczego mam hymny pochwalne na jego cześć śpiewać? Bo razem z nim zginęła blisko setka niewinnych ludzi? Wybaczcie, ale nie jest to powód ani do dumy ani do chwały. Pozostaje tylko mieć nadzieję, że szybko i sprawnie go przeniosą (do kościoła św. Anny), bez zwlekania (jak mają w zwyczaju) i żerowania na ludzkich emocjach, jak to było podczas ostatniej kampanii prezydenckiej.

12 kwietnia 2010

Świat pochylił głowy. Pochylmy i my

Jest wiele słów, które można powiedzieć; setki zdań, które można ułożyć, ale w obliczu tego co się wydarzyło, żadne słowa nie przychodzą mi do głowy.


Po raz kolejny katyńska ziemia została zroszona polską krwią. Po raz kolejny odebrano nam ludzi, którzy tworzyli ten kraj. Po raz kolejny po naszych policzkach płyną łzy. Ale tym razem nie płaczemy sami. Cały świat pochylił głowy. Nieistotne jest teraz, czy był to mój prezydent, czy twój. Spójrz, on był też zwykłym człowiekiem. Potrzebowaliśmy tragedii, by to dostrzec.

Dostrzec człowieka

Zamiast uwierającego garnituru widzimy nieśmiały uśmiech i nieporadne gesty. Zamiast językowych wpadek widzimy morze serdeczności od niego płynące. Widzimy idealistę, który na swój sposób chciał wyprowadzić kraj z kryzysu. Widzimy wielką miłość, która nie zmalała nawet o cal. Widzimy przyjaźń i życzliwość, która kazała mu zabrać na pokład innych wyruszających do Katynia.

Ale widzimy również wielkie zjednoczenie Polaków… Zjednoczenie dwóch narodów. Cytując za dziennikiem Rossijskaja gazieta: „Katastrofa pod Smoleńskiem to nasza wspólna tragedia” . To wielki krok naprzód, być może krok do polepszenia stosunków polsko-rosyjskich. Zewsząd pojawiają się komunikaty o napływających kondolencjach, ogłoszonych żałobach narodowych… Estonia, Brazylia, Kolumbia… Gruzja, dla której Lech Kaczyński był bohaterem, był pierwszym, który w nich uwierzył, pierwszym, który ich poparł, tym samym dając odwagę do dalszej walki.

Każdy ma prawo do pożegnania

Pojawiają się głosy, że żałoba wymusza sztuczne łzy, że jest cichą kampanią prezydencką Jarosława Kaczyńskiego, który nie potrafił schować urazy nawet na miejscu tragedii. A przecież każdy ma prawo do pożegnania. Każdy może zrobić to na własny, intymny sposób. Ja zobaczyłam w Jarosławie człowieka złamanego, a jednocześnie dzielnego, noszącego wysoko podniesioną głowę. Skąd możemy wiedzieć, co tak naprawdę czuje albo jak spędził ostatnią noc? Jesteśmy tylko masą, która żywi się strzępami informacji podawanymi przez media. Media, które wydzierają najbardziej intymne chwile. Może Jarosław nie chce, aby cały świat patrzył na jego łzy? Aby te łzy były w każdym jednym wydaniu Wiadomości, aby kapały z każdego dziennika... Podziwiam go za to. Stracił najbliższe osoby, stracił przyjaciół i musi się z tym teraz uporać. Pozwólmy mu na to.

To nie czas na sztuczne łzy, hipokryzję schowajmy do kąta. Oddajmy honor ludziom, którzy na to zasłużyli. Idealistom, którzy na swój sposób walczyli o kraj. O nasz kraj.

Dążyć do pojednania

Smutek, żal i niedowierzanie. Takie troszkę deja vu sprzed 5 lat. I może odrobina nadziei, że nasze polskie zjednoczenie potrwa dłużej niż te kilka dni żałoby. Wiara, że za słowami pójdą czyny a za czynami powolna, choć mam nadzieję skuteczna naprawa naszego kraju. Śmiem prosić o rozwagę, o przestanie patrzenia na siebie jak na pępek świata i dostrzeżenie kilku dobrych milionów ludzi. Nie tylko polskich ludzi…

Być może tak właśnie miało być; może przeznaczeniem Lecha Kaczyńskiego było doprowadzić do pojednania Polski i Rosji w obliczu kolejnej tragedii. Kto wie, może właśnie tak się stanie? Najwyższy czas wybaczyć. Nie zapomnieć, ale wybaczyć.

Czy wierzę w polskie pojednanie? Nie, ale mam nadzieję na orzeźwienie, na kubeł zimnej wody wylany na głowy polskich polityków. Na ciut mniej goryczy a więcej solidnej pracy. Aby ta tragedia czegoś nas nauczyła, aby coś… coś naprawdę ważnego nam uświadomiła- że wszyscy jesteśmy równi wobec nieuchronności losu, że wszelkie bezsensowne spory są tylko stratą czasu i energii, że jedynym wyjściem z sytuacji jest dialog.

Czy będziemy świadkami dialogu?

2 kwietnia 2010

Nie umiem modlić się tak, jakbyś tego chciał

Pięć lat temu dokonał się ostatni z cudów Ojca Świętego. Pięć lat temu cały świat płakał razem z nami. Nie po to, by rozpaczać, ale by się radować. Santo Subito.



Niech staną zegary
Zamilkną telefony
Dajcie psu kość
Niech nie szczeka, niech śpi najedzony.
Niech milczą fortepiany
I w miękkiej werbli ciszy
Wynieście trumnę
Niech przyjdą żałobnicy
Niech głośno łkając samolot pod chmury się wzbije
I kreśli na niebie napis "On nie żyje!"
W.H. Auden

Czy wierzę w cuda? Nie, chociaż jeden widziałam na własne oczy. Czy wierzę w Kościół? Nie, bo to banda despotów czerpiących wiedzę o życiu z poradników. Czy wierzę w Boga? Nie więcej i nie mniej niż przeciętny polski katolik. Czy mam w sobie choć odrobinę szacunku do świętości? Tak, chociaż i moja euforia nieco osłabła przez ostatnie pięć lat.

Wtedy to wszyscy, jak jeden mąż krzyczeli SANTO SUBITO i każdy - młody czy stary nosił na ramieniu czarną opaskę, znak nie tyle żałoby, co przynależności do Pokolenia JPII, które nagle ogłosiły media. Tak pięknie o tym mówiliśmy i tak pokazowo płakaliśmy, i... wtedy było to jak najbardziej autentyczne. Łzy rozpaczy wylewające się wprost z naszych osieroconych serc. A później wydarzyło się coś niewiarygodnego - cały świat pochylił pokornie głowę i płakał razem z nami.

Jacy my byliśmy wtedy wspaniali! Jacy piękni w tym swoim smutku, który jednoczył nas na placach i w kościołach. Jak mantrę powtarzaliśmy fragmenty homilii Jana Pawła II, czytaliśmy Jego wiersze a rozchodząc się śpiewaliśmy Barkę. Tak, by zdruzgotać; by wycisnąć łzy; by zmusić do jeszcze większej żałości. Później ze ściśniętym sercem uczestniczyliśmy w ostatnim pożegnaniu, gdy wiatr podrywał czapki z głów i zmuszał do padnięcia na kolana. Zmuszał do zastanowienia nad sobą, nad sensem życia, nad sensem istnienia.

Cudem było to, że tak bardzo w to wierzyliśmy, że byliśmy tak mocno przekonani o tym, że śmierć Ojca Świętego zniosła wszelkie granice i różnice między nami. Mieliśmy poczucie, że On tak bardzo by tego chciał i że właśnie to należy teraz zrobić, nie tyle dla nas samych, co dla Niego, dla pamięci o Nim. By On był z nas zadowolony i by nam żyło się lepiej; byśmy mogli grzać się w promieniach Jego nauki pozbawieni poczucia, że coś nadal jest nie tak.

Jeszcze przez długi czas media karmiły nas historyjkami, że jesteśmy wybrańcami, prawdziwymi dziećmi swojego Ojca, bo wciąż pamiętamy o człowieku, który tak bardzo nas umiłował i tyle dla nas poświęcił. Który umierał na naszych oczach po to, by coś nam w ten sposób przekazać; by udowodnić, że człowiek do końca pozostaje tylko człowiekiem i że tak naprawdę najważniejsze jest, ile z siebie dasz a nie ile otrzymasz w zamian. Że Jego poświęcenie wymaga poświęcenia również od nas; że winniśmy stać się lepszymi katolikami, bardziej miłosiernymi braćmi i kochającymi dziećmi, bo to do nas należy przyszłość tego świata.

Ale my nie nawykliśmy do słuchania. Trzeba było płakać, to płakaliśmy, bo tak robili wszyscy; bo przez chwilę poczuliśmy, że mamy sumienie... Ale dziś niewiele pozostało w nas tych nauk, nie oszukujmy się, nie krzyczmy chcąc zabrać głos. Czy naprawdę obraz naszej młodzieży kształtujemy spoglądając na inne kraje? Wystarczy spojrzeć na nagłówki w gazetach i internecie, ba! wystarczy rozejrzeć się wokół. Tak dzisiaj wygląda Pokolenie JPII. Tak owo Pokolenie wyglądało zawsze. I nie jest to winą ani papieża, ani Kościoła. Kochani, szacunek do drugiej osoby i dobre wychowanie wynosi się z domu. Ni mniej, ni więcej.

Wstydzę się za matki mordujące swoje dzieci, wstydzę się za gówniarzy gwałcących kolegę butelką, wstydzę się za pielęgniarki "niesłyszące" próśb i nawoływań pacjentów, wstydzę się za ojców molestujących swoje córki, wstydzę się za Kościół udający, że tego nie ma. Wstydzę się za siebie samą, za brak czasu na chwilę modlitwy i refleksję nad tym, co tak naprawdę w życiu jest ważne; co było ważne pięć lat temu, a dziś poszło w niepamięć, mimo że nie straciło na wartości. I zazdroszczę Ci, jeśli Ty nie musisz się wstydzić.

10 marca 2010

Pasje: Cygara


"Jestem pewien, że jest wiele rzeczy lepszych niż dobre cygaro. W tej chwili wszakże nic takiego nie przychodzi mi do głowy..." Richard Carleton Hacker

Powoli moda na "magiczny dym", jak palacze określają cygara, wychodzi z podziemia. Faktem jest, że palenie cygar znów jest modne. Cygaro jest stałym elementem męskiego stroju - tak jak kobieta potrzebuje torebki, tak dla mężczyzny coraz istotniejsze jest cygaro schowane w wewnętrznej kieszeni marynarki. Stało się wyznacznikiem luksusu, męskiego posiadania i charyzmy, która znamionuje prawdziwego aficionados. Do tego odrobina historii wymieszana ze szczyptą anegdot, kosztowny proces produkcji i przesiąknięte legendami skrzynie do transportu. Czy istnieje lepszy sposób reklamy? Przecież ciekawość i pragnienie jej zaspokojenia już od wieków towarzyszą człowiekowi...

Jak to się stało, że ktoś zapalił tytoń?

Wielu badaczy nadal uważa, że to Chińczycy pierwsi wymyślili tytoń, jednak przeczą temu rysunki znalezione w świątyni Majów w Meksyku. Na owym rysunku ciężko rozpoznać, czy tytoń pali kobieta czy mężczyzna, jednak nie ma to większego znaczenia, gdyż w tamtych czasach tytoń palili/inhalowali wszyscy. Głównie ze względów leczniczych. I dobrze im się z tym żyło, tradycja palenia tytoniu, a także liści konopi przetrwała wiele pokoleń. Aż razu pewnego Kolumb odkrył Amerykę, którą wziął za Indie, a jeden z jego ludzi natknął się na "Indianina" palącego liście tytoniu. I chociaż królowa Izabela nie była zachwycona takimi bogactwami to... no cóż, w końcu i ona znalazła sens w sponsorowaniu wypraw po tytoń.

Tym samym możemy zapytać, dlaczego ktoś zapalił tytoń? Nie róbmy z przodków ciemnego ludu! Przecież to oni mieli swoich zielarzy, którzy odkryli lecznicze właściwości ziół, które grubo zwinięte były mieszkanką różnych tytoni i dawały różny efekt- te dłużej dojrzewające były mocniejsze, ale tym samym słodsze; natomiast jaśniejsze były delikatniejsze, ale bardziej cierpkie w smaku. W tym wyspecjalizował się niejaki Alejandro Robaina, prawdziwy mistrz, koneser i znawca cygar, który produkuje jedne z najlepszych cygar na świecie.

Z czego składa się cygaro?

Być może wiele osób będzie zaskoczonych, ale na plantacjach niezastąpionym napędem pługa jest... wół, gdyż tylko on, prowadzony pewną ręką farmera, jest w stanie odpowiednio przecisnąć się między ciągnącymi się po horyzont rzędami krzaków tytoniu. Sterowany komputerowo system nawadniania doprowadza właściwą ilość wody pod każdy krzak. Zebrane liście tytoniu poddawane są suszeniu w casa Tobaco, które przypominają nasze stodoły. Następnie, również na farmach odbywa się wstępny proces fermentacji. Tak przygotowany surowiec ułożony według typów, wielkości i jakości trafia do fabryk w Hawanie.

W środku cygara znajduje się wkładka, czyli cylindrycznie zwinięte długie liście tytoniu; najczęściej kilku różnych gatunków. Wkładkę zawija się w dwa liście: pierwszy to duży i elastyczny zawijacz, który obejmuje wewnętrzny tytoń; drugi liść, nazywany pokrywą, widoczny jest na zewnątrz. Ważne jest, aby liść pokrywy nie miał żadnych przebarwień, ani uszkodzeń, które w jakiś sposób obniżałyby jego wartość zarówno cenową jak i estetyczną.

Gotowe, nawilżone cygara dojrzewają w komorach z drewna cedrowego i tam leżą nawet rok. Przed zapakowaniem są jeszcze raz segregowane, tak aby do jednego pudełka trafiały tylko te, które mają identyczny kolor i rozmiar zgadzający się co do milimetra. Cygara oklejone grawerowanymi, świadczącymi o autentyczności banderolami gotowe są do transportu.

Czy to prawda, że najlepsze są te cygara, które zwijane są na udach Kubanek?

Żył sobie kiedyś znany nam dobrze pisarz, Ernest było mu na imię. Zakochał się w Kubie i tam mieszkał kilkanaście lat. To właśnie on rozsławił mit o urzekającej Kubance i jej czekoladowych udach, na których zwija się cygara. I chociaż facet zmarł ponad 50 lat temu, to bajka ta wciąż jest w obiegu. Prawdą jest, że zwijaczami cygar, tzw. tocredores są zazwyczaj mężczyźni, bo wymaga to sporej siły. A po drugie nie ma szans na zwinięcie cygara na innym podłożu niż twardy stół odpowiednio wyprofilowany i na idealnej dla zwijającego wysokości. Ale owszem, organizowane są takie pokazy ze ślicznymi Mulatkami, ale ma to raczej na celu promocję i ciekawostkę niż prawdziwe zwijanie cygar.

Inną sprawą jest, że cygara pochodzące właśnie z Kuby mają wprost idealne warunki klimatyczne: wilgotność wynosząca 78%, średnia temperatura ok. 24 st. C, a także bogata w minerały gleba. Kombinacja ta pozwala uzyskiwać tytoń wyjątkowej jakości, który następnie sprawnie zwinięty tworzy doskonałej jakości cygaro. Niesprawiedliwym byłoby jednak twierdzić, że najlepsze cygara pochodzą właśnie z Kuby. Wszystko tak naprawdę zależy od palącego i jego gustu.

Jakie cygara dla początkujących?

Początkującym nie polecam mocnych i dużych cygar, bo taka męczarnia może skutecznie zniechęcić do dalszych eksperymentów. Polecałabym raczej cygara smakowe, które są lekkie, w sam raz na początek. I podstawa! Cygarem nie zaciągamy się- to największa różnica pomiędzy cygarem a papierosem. Inne to na przykład: cygaro dzięki małej zawartości nikotyny nie uzależnia. Poza tym, na papierosa wystarcza 5 minut, natomiast dla cygara musicie poświęcić minimum pół godziny. Ważne, by mieć do niego odpowiedni alkohol- cygara mocne, o aromacie drzewa i skóry, wytrawne- lepiej smakują ze szkocką whisky; te lżejsze, smakowe są idealne, np. trufla czekoladowa z dodatkiem mięty - do czerwonego półwytrawnego lub półsłodkiego wina... I oczywiście rumu.

Podobno cygaro powinno się podpalać wyłącznie szczapą odpaloną z kominka lub ogniska.

Owa szczapka to drewienko cedrowe, które nieustannie towarzyszy przy produkcji cygar. Dlatego, że wyróżnia się doskonałym, mocnym drzewnym aromatem i pozwala utrzymywać wilgotność. Dlatego warstwy cygar pakowane w pudełka są oddzielone od siebie takim właśnie cedrem. I dlatego cygara pakowane pojedynczo w tuby, wcześniej są również owijane w cedr. Mają wtedy wyrazisty aromat i nie wysychają. I oczywiście dodatkowo połamany cedr jak nic innego nadaje się do podpalania cygar. Dlaczego? Bo długo się pali, a zapalenie cygara to wcale nie taki banał.

Dylemat - odcinać końcówkę czy odgryzać i czemu nie obcinają jej w fabryce?

Żeby liść tytoniu się nie rozwinął. Cygaro zwija się w rulonik i owszem są podklejane (niektóre), ale jak już wspominałam wymaga to sporej zręczności i siły. Dlatego też na każde cygaro nakładana jest tzw. czapeczka, która utrzymuje pokrywę (wierzchnią warstwę) w jednym, estetycznym i dobrze zwiniętym kawałku. Odcinając ową główkę o więcej niż 1-2mm możemy być pewni, że liść tytoniu po prostu się rozwinie.

Mam już cygaro, co dalej?

Podpalanie cygara należy zacząć od odcięcia końcówki - zaokrąglonej główki, która jednocześnie jest ustnikiem. Najlepiej robić to specjalnie do tego przeznaczoną gilotyną, bądź zaokrąglonymi nożyczkami. Nie odcinamy końcówki nożem kuchennym ani do papieru, nie odgryzamy, bo później kawałeczki tytoniu wbijają się między zęby.

Zapalamy cedr, bądź bezpośrednio od zapałki/zapalniczki. Najpierw delikatnie opalamy cygaro, tak by mocniej zaakcentować aromat dymu, później bierzemy cygaro do ust i podpalamy je obracając w palcach, aby "złapało" z każdej strony. Kłęby dymu gwarantują, że cygaro zostało podpalone dobrze i nie pozostaje nic innego jak tylko delektować się. Jeśli cygaro zgaśnie to delikatnie otrzepujemy je z popiołu i powtarzamy ceremoniał podpalania. Nie musimy też wypalić całego od razu, możemy je zagasić a najlepiej pozostawić do samoistnego zgaszenia, gdyż suchy tytoń bardzo łatwo rozwinąć, a rozwiniętego cygara nie da się palić - chyba, że jak przodkowie - w ognisku...