Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Fabryka Słów. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Fabryka Słów. Pokaż wszystkie posty

12 lutego 2013

Andrzej Pilipiuk: Trucizna


Kto nie zna Jakuba Wędrowycza? Wszyscy znają (albo tylko tak mówią). Ano właśnie wszyscy znają i wszyscy oczkują. Ja też oczekiwałam. Nie, spokojnie, nie po Pilipiuku, spodziewałam się raczej, że Jakub pomimo swojego wieku uwiedzie mnie choć troszkę. Połechce moją czytelniczą próżność i pozwoli zaczytać się w swoich przygodach. A tu wielkie rozczarowanie - Jakub Wędrowycz się przejadł. Zwyczajnie się znudził. Wariacka formuła jest mdła, kompletnie odrealnione przygody już nie śmieszą, dialogom brakuje polotu. Ta książka męczy pomimo nie tak znów wielu stron, krótkich opowiadań i języka, jakim posługuje się Autor.

To znak, że czas na nowego bohatera, któremu trzeba poświęcić nieco więcej czasu niż naprędce spisane historyjki "w między czasie", które masowo tworzy Andrzej Pilipiuk. Wiem, że ciężko porzucić postać, która rozsławiła Autora (tak tak, nie odwrotnie), mimo wszystko czas się rozstać i pozwolić Jakubowi pozostać nie do końca odkrytą perełką wśród nudnych i nijakich bohaterów książkowych.

Autor/Tytuł: Andrzej Pilipiuk/Trucizna
Wydawnictwo/Rok: Fabryka Słów/2012

23 czerwca 2012

Jacek Komuda: Zborowski

"Straceniec, którego niewiele szczęścia w życiu spotkało. Wespół z kozacką duszą Nikiforem Hunią oraz wiecznie łasym na złoto Bobuszem brnie wprost w czeluść czarciego kotła. Tam, gdzie smaży się już wielu z tych, któych posiekał wiecznie głodną krwi szablą."*


Jacek Komuda dojrzewa. Nie jest to co prawda takie dojrzewanie, jakie serwuje nam Miley Cyrus w krótkich szortach, ale również warto zwrócić na niego uwagę.
Gdybym choć odrobinę znała się na malarstwie, to z całą pewnością porównałabym "Zborowskiego" (pisany na zamku w Dubiecku!) do jakiegoś dzieła sztuki. Niestety, nie znam się, przez co mój zakres porównań mocno się ogranicza. Może to właśnie dzięki temu, mogę traktować "Zborowskiego" jako właśnie taką perełkę (pozdrawiam panią profesor Sokół ;)) naprzeciw miernocie, samochwalstwie autorów i spłyceniu oczekiwań czytelników. O nie, tego tutaj nie znajdziemy. Samuel Zborowski to bohater jakiego u Komudy jeszcze nie było. Zły, bo lubi, gdy zmusza go do tego sytuacja; samotny, bo moda na pozytywnych bohaterów odeszła do lamusa; nieszczęśliwy, choć nie przyzna się do tego nawet pod mieczem.

Zborowski jest jeszcze gorszy od Jacka Dydyńskiego - wydaje się być jeszcze bardziej prawdziwy, bardziej krwisty, nieokrzesany i zwyczajnie twardy. Wyklęty. O ile Dydyński wydawał się być outsiderem, o tyle przy Zborowskim to słowo nabiera innego znaczenia, bardziej dosadnego, głębszego. Nie jest typem, któremu zależy na sławie i pieniądzach - jest sławny przez nazwisko swojego ojca, ściętego na dziedzińcu zamku wawelskiego i chociaż społecznie wyklęty jako pogrobowiec, to jednak nie do końca odrzucony przez możną szlachtę.

Jak sama jego postać jest wielokrotnie złożona, tak i pozostali bohaterowie, towarzysze Samuela są ciekawie zbudowani. Nie są mu życiem oddani, przyjaciele na śmierć i życie, przeciwnie, gdyby mogli usiekliby go w mgnieniu oka. A później obrabowali, bo nie płaci jak powinien. Wspominany wyżej Dydyński też nie jest ani za dobry ani zbyt zły, jest sprzedawczykiem, bo wiele do stracenia nie ma.
Cóż, nie oszukujmy się, wielkich porywów serca ze strony Czytelniczek nie będzie...

Nie da się ukryć, że książka pewną wadę - dość sporą ma. Jest za krótka. Ta niewielka ilość opowiadań jest zaledwie namiastką całej historii Samuela Zborowskiego, którą oczywiście Komuda opowiedzieć powinien a nawet musi. Nie jest winą Czytelników, że Jacek Komuda z książki na książkę jest coraz lepszy - a w "Zborowskim" przeszedł sam siebie. Ani jednego zbędnego słówka, żadnego pieprzenia o niczym, kwiecistej stylistyki a la Orzeszkowa czy bezmózgiego gadania, bo mu za to płacą (a la Masłowska). Więc niech pisze, trudno.


* cytat pochodzi z oficjalnego opisu książki.


Tytuł/Autor: Zborowski/Jacek Komuda
Wydawnictwo/Rok wyd.: Fabryka Słów/2012



7 kwietnia 2012

Andrzej Pilipiuk: Oko jelenia: Droga do Nidaros



Zupełnie nie wiem, co myśleć o tej książce. W związku z tym, że "Oko jelenia" jest cyklem, stąd też nie spodziewałam się, że akcja rozwinie się i zawiąże już w tym tomie, bo o ile apokalipsa Ziemi już była, spotkanie z wredną łasicą też a nawet pierwszy szok kulturowo-kulinarny związany z szesnastowieczną codziennością o tyle bohaterom Pilipiuka wciąż brakuje... realizmu. Nie oszukujmy się, ciężko będzie Autorowi dogonić fenomen Wędrowycza, który zwyczajnie go przerósł, ale jego słusznym obowiązkiem jest uczłowieczyć tych dwóch gości - Staszka i Marka, bo coś mi się wydaje, że nasza bohaterka powstania styczniowego, niejaka Hela, jest raczej lekko nawiedzona, więc może dać im jeszcze popalić.

To co podoba mi się w tym zwariowanym Pilipiukowym świecie, to zwrócenie uwagi na dysonans pomiędzy wiarą w bóstwa i gusła a prawdziwą wiarą (a jest nieprawdziwa?) w Boga w czasach antypapieskich. Wszelkie dywagacje na ten temat wśród pustych rozmów bohaterów (tak, ciężko mi się pogodzić, że LUDZIE XXI wieku, wykształceni, kulturalni i obyci charakteryzują się taaaką płycizną) mogą trochę dziwić a nawet razić. Mimo wszystko, warto docenić fakt, że Autor uderza w odrobinę poważniejsze tematy. Dojrzewa wraz z bohaterami. I to jest fajne. Udało mu się stworzyć coś niepodobnego do poprzednich książek, choć jednocześnie nie pozbył się swojego "autorskiego" stylu, małej grafomanii, humoru i polotu, dzięki któremu książę czyta się ekspresowo. Polecam.

Wielu z Was może mieć nade mną przewagę i znać wszystkie książki cyklu, wszak ta pierwsza jest z 2008 roku. Ale spokojnie, nadrobię ;)

Aha, P.S. Niech Was nie zraża strona graficzna książki!

Tytuł/Autor: Oko jelenia: Droga do Nidaros/Andrzej Pilipiuk
Wydawnictwo/Rok wydania: Fabryka Słów/2008

1 listopada 2011

Samozwańczo

"Bezlitosny mróz ścina bezkresne moskiewskie pustkowia. Dumne husarskie skrzydła walają się w zamarzniętym błocie. Pękł koncerz, szabla- wierna przyjaciółka, leży złamana. Tyleż żywota zostało, co łańcucha u armaty, na którym niby psy na daleki Sybir są pędzeni. Krwawy demon zatańczył na Rusi, mszcząc się w dzikim szale. Znikąd miłosierdzia. Bóg nie ochronił, a Rzeczpospolita odwróciła wzrok i wyparła się swoich dzieci. Zostali sami... Ale nie wszystko stracone. W polskich sercach przetrwał honor i wola walki. Póki życia, póki tchu w piersiach, póty nadziei, że nie wszystko stracone!"*

Oczarowana pierwszymi dwoma tomami zachłannie rzuciłam się na tom 3 Samozwańca. Czytałam i czytałam długo, przede wszystkim z braku czasu, a wiadomo ile takie czytanie jest warte. Ale przeczytałam. I co tu dużo ukrywać, zawiodłam się. Tak wiem, Autor uprzedzał, że w tym tomie wiele się wyjaśni, nie powiedział jednak, że 3 tom to taki trochę... zapychacz między fantastyczną historią Dymitra Samozwańca a intrygującym wątkiem Dworu. Trzeci tom to w znacznej mierze ukazanie dysonansu między dwoma braćmi- urodzonym pod szczęśliwą gwiazdą Jackiem, który niczym kot zawsze spadnie na cztery łapy i cwanym, ale pechowym Przecławem. Nie będę ukrywać, że owy dysonans i przygody obu szlachciców spłynęły po mnie jak woda, bo uśmiałam się równo, jednak brakowało mi tempa i fenomenalnych opisów- przede wszystkim tych z drugiego tomu. Tak pięknego opisu walki i umierających koni a wraz z nimi hardości rycerzy nie czytałam nigdy. I nigdy wcześniej nie uroniłam łzy podczas czytania książki.

Dlatego 3 tom uważam za ubogi pod tym względem, choć wcale nie zamierzam umniejszać pracy Autora (ach te Pamiętniki Paska...)Jednakowoż zakończenie książki i samozwańczy happy end w Moskwie wzbudziły we mnie raczej mieszane uczucia, aczkolwiek sprzedajność Rosjan, wygląd Kremla i chciwość naszych żołnierzy wywołały uśmiech politowania na mojej twarzy - tyle wieków później a niewiele się zmieniło, pod tym względem, Polakowi zawsze mało. Tak czy siak, twardo zamierzam czekać na tom czwarty i uprzedzam - nie pozbywaj się Panie Autorze!

Tytuł/Autor: Samozwaniec TOM 3/ Jacek Komuda
Wydawnictwo/Rok wydania: Fabryka Słów/2011

* Cytat jest fragmentem opisu książki udostępnionym na odwrocie.

30 sierpnia 2011

Samozwaniec tom III - protest

Ja nie wiem jakim cudem w kraju Szymborskiej, Kossakowskiej czy nawet od biedy Pilcha panuje tak minimalna świadomość lektury i jeszcze mniejsza potrzeba owej świadomości. Że ludzie książek nie czytają, to już norma (lepiej posłuchać audiobooka czytanego przez mlaskającą Dereszowską), a już w ogóle wspaniale jest zrobić poranny przegląd Pudelka i niech to wystarczy. Mnie nie wkurza szerząca się z telewizora głupota, mnie zwyczajnie denerwuje podejście do czytelnika.

Bo gdybym tak nie wybrała się dziś do empiku to nadal żyłabym sobie w nieświadomości i z niecierpliwością czekała na premierę Samozwańca. Żadnej, kompletnie żadnej informacji na temat premiery (prócz przypuszczeń Autora). Totalny tumiwisizm intelektualny. Ale żeby tak, cholera jasna, jeden dzień o Dodzie nic nie napisali to byłby chyba koniec świata.

Gdzie tu u licha jest w tym wszystkim miejsce na szacunek dla czytelnika? Z każdej strony media miauczą, że poziom czytelnictwa jest tragiczny; lektury szkolne miałkie i nijakie; a młodzież głupia jak but z lewej nogi. A jaka ma niby być, jeśli karmi się ją wyrzyganą papką a la Taniec z gwiazdami czy inne ustrojstwo? Czemu program nauczania zakłada, że rodzice muszą z dzieciakami jeszcze raz przerabiać lekcje? Kto ma na to u licha czas w tym piekielnie drogim kraju? Chyba przenajświętszy Kaczyński, bo on nie kupuje w Biedronce, ale i chorowitego kota zamiast dzieci ma - to się sprawa rozwiązuje. Zwykli pracujący ludzie czasu tego nie mają, poza tym nie po to wydają setki złotych na podręczniki i zeszyty, żeby smarkacze w nosie dłubali podczas lekcji.

Czemu człowiek jest dobry/najlepszy, gdy kupuje książki, ale zupełnie denerwujący, gdy ma jakieś "ale"? Otóż ja mam "ale". Wystarczająco długo czekałam na tę książkę, by ktoś potraktował mnie jak zło konieczne. Jestem w stu procentach przekonana, że nie jestem odosobniona w tym uczuciu, poza tym Samozwaniec Jacka Komudy jest tylko jednym przykładem z wielu olanych wydawnictw, gdzie czytelnicy winni być chyba wróżkami. Kompletnie zignorowana przez mass media idę czytać tę zatrważająco cienką powieść.

Wszystkie te nieprzyjemności i utrudnienia może załagodzić jedynie wizyta Autora w Rzeszowie.

Autor/Tytuł: Jacek Komuda/Samozwaniec tom III
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Rok: 2011

16 marca 2011

Andrzej Pilipiuk: Wampir z M-3

Małżonek, na bieżąco śledzący moje czytelnicze gusta sprezentował mi na imieniny "Wampira z M-3". Jako że ta pozycja chodziła za mną już od chwili ujrzenia jej na EMPIK-owej półce, tak niemalże rzuciłam się na nią z marszu.

Nie lubię wampirów - tak mogłabym zacząć moją recenzję. Nie da się jednak ukryć, że wampiry stały się niezwykle modnym zjawiskiem w dzisiejszym świecie fantasy, więc nic dziwnego że i twórca fenomenalnego Jakuba z Wojsławic sięgnął po tak popkulturowy temat. A pierwszym problemem jaki napotkałam przy tej książce to jej objętość - czytania zaledwie na dwa wieczory, co w przypadku Pilipiuka jest grzechem głównym. Ale po kolei.

"Wampir z M-3" to właściwie nie wiadomo, który bohater, bo występuje ich tam cała plejada. Gwoli ścisłości - już pierwsze strony niejako wysuwają na pierwszy plan hrabiankę Małgorzatę, ale spośród wampirów mieszkanie ma ślusarz Marek... Chyba że wampirem nazwiemy ducha PRL-u w symbolicznej postaci rodziny hrabianki Małgorzaty, bo i tak może być. A PRL jest tam iście rzeczowo przedstawiony i jest to zarówno wadą jak i zaletą autora. Wadą, bo ileż można pisać o tym samym? Nawet Wędrowycz stał się monotematyczny, co przy okazji ukończenia "Homobimbrownikusa" Pilipiuk w końcu zauważył. Mimo to wciąż ze swadą i swoistym humorem potrafi pisać o szarej rzeczywistości Polskich obywateli, o pokazowym ateizmie, gruzińskiej herbacie za dolary, tureckich dżinsach czy deficytowym papierze toaletowym... O paradoksach spotykanych na każdym kroku i o wierze a właściwie niewierze w gusła i zabobony.

I właśnie w takim świecie Andrzej Pilipiuk każe egzystować swoim wampirycznym bohaterom. A egzystencja jest - co trzeba przyznać - bardzo daleka od naszych przekonań i przede wszystkim daleka od tego, co uroiło się w głowie tej kobiecie od "Zmierzchu" (o czym też autor zapewnia nas już na samym początku naszej czytelniczej przygody). Owszem - nie muszą jeść ani oddychać, nie czują chłodu i spokojnie mogą mieszkać w grobowcach. Jednocześnie marzą o modnych ciuchach, przytulnym, wygodnym mieszkaniu i... miłości. I nie ma tu znaczenia, że nie czują popędu płciowego; potrzeba bliskości jest ponad podziałami.

"Wampir z M-3" to zbiór chronologicznych opowiadań, które są częściami jednej opowieści napisanej charakterystycznym dla tego autora grafomańskim stylem, bajdurzeniami pierwszego gatunku i najbardziej cudacznym zbiorem bohaterów, i coraz bardziej męczących w swojej wymyślności historii. Ale prócz tej niebagatelnej zbieraniny mającej na celu wykpienie na wszelkie sposoby kultury masowej nie widzę w tej książce nic więcej. Może i dobrze, że mało czytania, bo czy mógłby autor wymyślić coś jeszcze? Na czytelnicze nieszczęście jestem przekonana, że to zrobi. Zarżnie te wampiry jak wcześniej Jakuba Wędrowycza, a szkoda wszak lepszy niedosyt... paradoksów, fanaberii PRL-u i samego tematu.

Wydawnictwo: Fabryka Słów
Oprawa: Miękka
Ilość stron: 336

10 grudnia 2010

"Samozwaniec" - Jacek Komuda

"Rok 1605. Polskie wojska wkraczają do Moskwy. W husarii najstraszniejsze są konie. Mają oczy jak przeczyste dziewice. Takie wielkie, takie niewinne. Niosą na grzbiecie skrzydlatą kostuchę. Polską śmierć... Oto historia straceńców, którzy wrogów liczyli dopiero po bitwie. Zabitych. Oto historia ludzi tak szalonych, że poszli w tany z samą śmiercią. Tak zuchwałych, że uwiedli Fortunę. Tak dumnych, że diabłu plunęli w twarz. I tak hojnych, że za przyjaciół płacili tylko krwią i życiem. Oto historia awanturników i husarzy, którzy wstrząsnęli murami Moskwy i sięgnęli po koronę carów."

Wiecie, co jest najfajniejsze? Nie zawiodłam się na tej książce - dla mnie zupełnie niepotrzebnie podzielonej na dwa tomy, no ale nie jestem wydawcą, nie zarabiam na tym. Cała historia opiera się na wyprawie polskich wojsk pod wodzą Dymitra Samozwańca na Moskwę celem zdobycia carskiego tronu i "wybawienia" Rosji od Borysa Godunowa, który przejął tron po Iwanie Groźnym. Każdy z bohaterów ma inne powody do wyruszenia na wyprawę, z której zapewne nikt żywy nie wróci. Dymitr chce zdobyć tron, Dydyński musi odnaleźć stryja i jego dzieci, inaczej ojcowizna przepadnie, Dworyckiemu marzy się hetmańska buława, wojewoda sandomierski chce zostać teściem Dymitra, a żołnierze? Jak to oni, chęć przygód i wizja mamony przysłaniają zdrowy rozsądek.

"Samozwaniec" okazał się właśnie taki, jakim go sobie wyobrażałam. Ta książka żyje własnym życiem, wielowątkowością, całym wachlarzem bohaterów - od nieskalanych bohaterów narodowych do największych łotrów i najznamienitszych rębajłów w Rzeczypospolitej.

Ale przecież nie tylko o polskich szlachcicach jest to książka (temat poruszony w "Warchołach i pijanicach" tegoż autora). Wątkiem scalającym całą akcję jest postać samozwańczego carzyka - Dymitra, najmłodszego syna Iwana Groźnego, który chce odzyskać moskiewski tron. Postać arcyciekawa pod względem historycznym, gdyż do dziś trudno ustalić, czy był to prawdziwy syn cara, czy jedynie samozwaniec wyznaczony przez możnych polskich do zdobycia Kremlu, a może zakonny skryba. Oficjalnie wiadomo było, że Dymitr Iwanowicz, szósty syn Iwana Groźnego w wieku 9 lat zabił się sam nożem, gdy w czasie gry w pikuty dostał ataku epilepsji.
Faktem natomiast jest, że w książce Komuda przedstawia go jako bardzo niestabilnego emocjonalnie i rozchwianego psychicznie człowieka, który nie ma kompletnego pojęcia o prowadzeniu wojska, utrzymaniu żołnierzy i obietnicach, które w jego ustach brzmią jak niepoważne i nieprawdziwe dzielenie skóry na żywym niedźwiedziu. Dymitr wzbudza odrazę i śmieszność - zupełnie inaczej niż mój ulubieniec znany z innych opowieści Komudy, Jacek Dydyński.

Myli się jednak ten, kto twierdzi, że postać Dydyńskiego już się przejadła, że on sam swoją osobą nie wnosi nic nowego i ciekawego. Jego walorem jest jej dojrzałość. Znamy rozgoryczonego Jacka, znamy odważnego Jacka, znamy przegranego Jacka. Ale nie znaliśmy Jacka na początku jego żołniersko-najemnej drogi, podobnie jak motywów, które nim kierowały. "Samozwaniec" pozwala nam na zrozumienie jego szaleńczej odwagi, ukazuje go jako człowieka, który chociaż bardzo chce żyć, to nie ma nic do stracenia. Jest dojrzałym mężczyzną, choć w oczach przyjaciół nie jest prawdziwym żołnierzem. I to go mierzi najbardziej - ciągła potrzeba udowadniania, że jest lepszy, dzielniejszy, twardszy. I rzeczywiście jest, choć to nawet w najmniejszym stopniu nie przybliża go do celu, który obrał.

Tak naprawdę jednak w tej książce bohaterów jest wielu: Hetmanka, Wilczur, Deresz, husarskie konie zabite lub ranne w bitwie. "Prawdziwi bohaterowie zwycięstwa husarii, petyhorców i polskich kozaków, którzy zapłacili za to cenę o wiele wyższą niż wielcy panowie". "Stąd właśnie brała się owa legenda powtarzana wśród Niemców i Szwedów, że jazda Rzeczypospolitej była nieśmiertelna, bo czasem po oddaniu salwy nikt nie wyłamywał się z szeregu, a konie szły dalej cwałem, choćby kilka chwil później połowa miała paść przeszyta kulami na wylot".* To najdramatyczniejszy fragment książki, gdzie łzy same cisną się do oczu, pewnie też na myśl o miłości i szacunku autora dla tych zwierząt.

Ale "Samozwańca" nie warto czytać tylko dla samych bohaterów czy wydarzeń. Język, którym posługuje się Jacek Komuda jest mistrzowski. Nie wiem ile czasu poświęcił na dialogi polsko-rosyjskie w dodatku XVII-wieczne, ale jestem pod wielkim wrażeniem. Są to z pewnością jedne z ciekawszych przymiotów tej książki, które oceniam na plus. I to taki duży plus, bo wielokrotnie musiałam przerwać czytanie porwana nieopanowanym śmiechem. Cała masa językowych "kwiatków" tak idealnie dopasowanych do charakterów poszczególnych bohaterów a przede wszystkim do sytuacji. Najwymyślniejsze i zapewne najbardziej obraźliwe wyzwiska i wulgaryzmy przerzucane między wartami wrogich wojsk są po prostu urocze, a ich komentarze rozbrajające. To w połączeniu ze świetnym warsztatem i cierpliwością do ślęczenia w bibliotekach i szukaniu wszystkiego, dosłownie wszystkiego co jest w tej książce zawarte dało efekt w postaci opisów, obok których nie można przejść obojętnie - są profesjonalne, szczegółowe i posiadają historyczne wyjaśnienie. Nie ma tu nic zrobionego po łebkach, ani jedna strona nie nudzi, nie jest zepsuta jednym złym słowem. Książki są dopracowana w każdym najmniejszym szczególe. Aż chce się czytać. I czyta niestety zdecydowanie za szybko.

Nie przesadzę, jeśli powiem, że "Samozwaniec" to zdecydowanie najlepsza książka, którą:
1. kiedykolwiek czytałam
2. kiedykolwiek napisał autor
A sam cykl "Orły na Kremlu" szykuje się na wielką sensację i wybitność nad wybitnościami, za którą niestety Komuda może dostać, mówiąc za Ławcami.B nagrodę sportowo-literacką Nike. Taki my lud zakłamany i zawistny, że takiego Komudę trzeba traktować jak zbawcę. Cóż, osobiście nie dziwię się, że ma on problem z własnym doktoratem, jeśli wciąż na przekór całemu środowisku pisarzy i historyków pisze TAKIE powieści. Powieści historyczne, które nie mieszczą się w żadnych ramach ułudy, grzeczności i zatajania niewygodnych faktów. Jak sam pokornie przyznaje, woli dzielić półkę w księgarni z fantastyką, niż z literaturą piękną. Amen.

* przytoczono fragmenty II tomu "Samozwańca"; strony 185 i 186
W ramach ciekawostki podaję linki do kilku wywiadów z Jackiem Komudą katedra.nast.pl paradoks.net