Pokazywanie postów oznaczonych etykietą film. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą film. Pokaż wszystkie posty

26 marca 2012

Sala samobójców (2011)

Dominik to zwyczajny chłopak. Ma wielu znajomych, najładniejszą dziewczynę w szkole, bogatych rodziców, pieniądze na ciuchy, gadżety, imprezy i pewnego dnia jeden pocałunek zmienia wszystko.*

Rok od premiery udało mi się wreszcie obejrzeć ten okrzyknięty arcydziełem film Jana Komasy. I cóż? Boziu drogi, gdzie oni takich nastolatków mają, jak ci z oficjalnego opisu filmu? Chyba tylko w amerykańskich serialach dla młodzieży. Przykre, że film poruszający tak istotne problemy - przecież nie tylko nastolatków, ale ogólnie outsiderów, dziwaków, ludzi nieprzystosowanych do życia w społeczeństwie - został tak spłycony, tak ordynarnie obdarty z emocjonalności i wrzucony w nie naszą rzeczywistość.

Scenariusz pisany po bandzie, jedzie stereotypami wyczytanymi chyba na blogach z poezją (bez urazy), ukazuje zaledwie zlepek różnych zachowań, po macoszemu wrzuca je do worka, podrzuca, miesza i wypluwa jako historię, która ma nas, widzów czegoś nauczyć, bo przecież takich filmów nie robi się dla relaksu.

Niestety, film nie jest przekonujący nawet w jednym momencie. Dzieciak z osobistym kierowcą, który "musi przy nim być, bo przy nim się jest", zamknięty przez ponad 3 miesiące w pokoju, bez jedzenia, wody i toalety, czyściutki, wymuskany, dobrze odżywiony, tylko taki nieszczęśliwy, bo nikt go nie rozumie. Nie bardzo wiem, po co ta niekonsekwencja? Bo ludzie to idioci, skupią się na hebanowej grzywie bohatera, to nie zauważą, że po 3 miesiącach nie ma przetłuszczonych włosów? A może po prostu zwracam uwagę na nieistotne głupoty w obliczu takiej tragedii, jak rozpuszczony gówniarz i banda jemu podobnych, którym lans poprzewracał w głowach?

Nie wiem, co na ten film powiedziały rodziny samobójców, bo okazuje się, że do samobójstwa mają prawo tylko brzydcy i inwalidzi. Cała reszta to wypadki "przy pracy", przypadkowe ofiary systemu. Tak jak główny bohater, który zabił się, bo za dobrze bawił się tabletkami, bo chociaż nie chciał umierać, widział bezsens śmierci, to był tylko trzymanym pod kloszem dzieciakiem, który zwiał z domu ten jeden raz.

Nie kupuję tego filmu. Nie znam takich bohaterów, jak Dominik, jego rodzice, czy Roma - Królowa Sali samobójców, najbardziej tchórzliwa postać. Nie identyfikuję się z ich problemami, nie znam takiego środowiska. Film tak bardzo współczesny, operujący i poruszający się w wirtualnym świecie utonął w swoim absurdzie. Kolejne ambitne kino, które poniosło porażkę na całej linii. Kto następny?

* Oficjalny opis filmu.

21 lutego 2012

Róża (2011)

Bardzo chciałam zobaczyć ten film, chociaż wiedziałam, że robię to na własną odpowiedzialność. Powiedzieć, że ten film jest wstrząsający to mało, zresztą wszyscy to mówią a i tak nie pozostaje nic prócz słów. Dzięki obrazowi Wojtka Smarzowskiego człowiek wciąż ma nadzieję wierzyć w polskie kino.




Wszystko to za sprawą przepięknej historii Róży i Tadeusza. Przepięknej, choć mającej miejsce w odrażającym, brudnym świecie, który po raz kolejny obnaża prawdę o Polakach, tak bardzo zakochanych w sobie i swojej tragicznej historii. Polakach, którzy wcale tak bardzo nie różnili się od okrutnych Niemców i którzy przyzwalali, tak PRZYZWALALI na okrucieństwo Rosjan na naszej ziemi. Osławione sceny gwałtów wcale nie były tutaj najgorsze - to ślepota i głupi osąd społeczeństwa były jak zadra za paznokciem. Niechęć postawienia się wobec grabieży i terroru. Dopiero taki Tadeusz (Marcin Dorociński) podejmuje walkę i wyciąga pomocną dłoń środowisku, które woli kąsać niż się zjednoczyć.

Surowość dekoracji wzmaga poczucie beznadziejności i strachu, bo jak można bronić się na hektarach pustej dzikiej przestrzeni? W napięciu trzyma stukot obcasów o podłogę czy ziemia rozorywana rękoma - nie potrzeba do tego gołego tyłka Eryka Lubosa zwalającego się na bezbronne kobiety. Ale Tadeusz nie trafił na Mazury, by stać się bohaterem narodu i uwolnić uciśnionych, nie jest bez skazy, i nie stara się tworzyć obrazu krystalicznie czystego, szlachetnego człowieka. Pewnie dlatego jest tak bardzo... człowieczy. Jest wspaniałym dopełnieniem dla Mazurki - kobiety wyrzuconej z własnej ziemi, a dodatkowo - poprzez liczne gwałty na niej również wyklętej przez środowisko. To obraz osamotnionej i nieco zdziczałej Róży (Agata Kulesza), która pogodziła się z bólem wykorzystywanej seksualnie kobiety, z przemocą i odrzuceniem. Stwarza pozory obojętnej na świat kobiety, która nie czeka już na nic. Nawet gdy w jej domu pojawia się Tadeusz a wraz z nim powiew beztroski i czegoś jeszcze, czegoś bardziej metafizycznego, jak połączenie dusz. Ich miłość nie spadła na nich niczym grom, nie można nawet określić dokładnie kiedy. Po prostu w ich wzajemne relacje wkradło się zrozumienie, wzajemna zależność i przywiązanie.

Rozbawiła mnie pani w kinie, która głośno wyrażała niezadowoleni z muzyki, rzekomo było jej... za dużo. Otóż nie, cudowny minimalizm pana Mikołaja Trzaski dopełnij zaledwie obrazu. Szacunek należy się dźwiękowcom za uchwycenie najdalszego brzęczenia muchy.

Pewne jest, że film Smarzowskiego zostaje w pamięci jak żaden inny, jest bardziej realny a jego bohaterowie bardziej ludzcy, by sądzić, że to tylko wymyślona historia. Ale "Róża" to nie tylko historia miłosna, to kawał naszej narodowej historii. Tej, którą niekoniecznie chcemy się chwalić i tej, którą chyba nie do końca chcemy zrozumieć.

10 stycznia 2012

Sherlock Holmes: Gra cieni

Mówią, że kiedy film jest dobry to jego sequel nigdy się nie uda: albo będzie bez polotu albo nazbyt przerysowany. Dlatego też z lekką obawą wybierałam się z Małżonkiem na ten film. Mając w pamięci niesamowitą jedynkę ciężko było mi uwierzyć, że Guy Ritchie może stworzyć coś bardziej wciągającego a zarazem lekkiego i przyjemnego (ptasie mleczko podbiło już przecież świat).


Cóż, moje obawy poniekąd się sprawdziły, bo nie udało się powtórzyć fenomenu pierwszego Sherlocka. Ten film jest zwyczajnie genialny. I mówię to nie bez kozery - Gra cieni we wszystkim przewyższa swój prequel, począwszy od niewymuszonej dynamiki czy naburmuszonych efektów specjalnych a skończywszy na zwierzęcym uroku Roberta Downey'a Jr. (sześciopak i nabyte umiejętności sztuki walki), który miejscami przypominał mi złego Shah Rukha Khana w Donie. O ile Don jest przebiegły, bo uwielbia intrygi o tyle Sherlock jest mocno wyobcowanym geniuszem dedukcji, a jego inteligencja czyni z niego outsidera, który jedynego przyjaciela odnajduje w swoim zupełnym przeciwieństwie, rozsądnym i ułożonym dr. Watsonie (Jude Law). Szczęśliwie ich przyjaźń daleka jest od sielankowej; panowie nie szczędzą sobie złośliwości, a w dodatku w ich zgrany tandem wykracza piękna kobieta i porywa Watsona do ołtarza, z czym Sherlock nie bardzo umie się pogodzić - choć fakt faktem, gdyby nie on to do ślubu z pewnością by nie doszło.

Tym co zdecydowanie pozytywnie nastraja w odbiorze filmu, jest odważna kreacja złego bohatera, profesora Moriarty'ego (Jared Harris), który nie jest jedynie potężnym i wpływowym łobuzem - jest geniuszem matematycznym, dzięki czemu jego strategie zawsze wyprzedzają działania Sherlocka. To miłe, że czarny charakter nie jest jedynie pustym pionkiem, którym scenariusz porusza to na jedno to na drugie pole. Tutaj profesor Moriarty jest godnym przeciwnikiem Holmesa a ich szachowa potyczka to majstersztyk, który ogląda się z zapartym tchem, bo nie da się przewidzieć zakończenia gry, w której obaj przeciwnicy są doskonali.

Przeciwieństwem jest jednak jeszcze tzw. piękno brzydoty, czyli ówczesna architektura w połączeniu z konfliktem mocarstw, fabryką broni i zbliżającą się wojną. To tworzy specyficzną atmosferę nadciągającego kataklizmu, któremu nikt nie może przeszkodzić. Nieodsłownymi (bo nie pamiętam) słowami profesora Moriarty'ego: "Ludzie pragną konfliktu, on siedzi w ich głowie od zawsze. Ja sobie spokojnie poczekam jeszcze kilka lat, ale doczekam się." I jest to właśnie to, co zostaje w głowie po wyjściu z kina, że ludzie byli na tyle głupi, że w pędzie za frajdą i impulsami zgotowali światu taką przygodę jak obie wojny.

Smaczku dodaje Zimmerowa muzyka, rewelacyjnie wkomponowana w całość - co znaczy, że NIE przeszkadza w odbiorze filmu. Nie brak tutaj dynamicznych, ambientowych kawałków, mocnego brzmienia... znalazło się nawet miejsce dla irlandzkiego folku. To co fascynuje mnie najbardziej w Hansie Zimmerze, to świadomość, że on muzykę do filmów tworzy masowo, a mimo to nie zatraca sensu fabuły, jej istoty i osobliwości. Do każdego projektu podchodzi z dystansem i profesjonalizmem, potrafi wygrać największe emocje i oddać istotę sprawy, jednocześnie podpisując melodię swoim niepowtarzalnym, ale łatwo wychwytywanym stylem.

Sherlock Holmes: Gra cieni
to takie ciasteczko; pychotka w moim wykonaniu, gdzie słodycz kremu łagodzi kwaśny smak powidła. Smak intensywny, miejscami niepasujący do całości, ale trudny do zapomnienia i w gruncie jedyny w swoim rodzaju.

13 lutego 2011

Burlesque (2011)

Witamy w The Burlesque Lounge. Od progu wita nas Alan Cumming sprzedający bilety za 20$. Dalej jest tylko gorzej. Cher zawodzi niczym za najlepszych swoich lat (swoją drogą, kiedy to było?). Z westchnieniem ulgi przekonałam się, że ta pani z biegiem czasu wcale nie irytuje mnie mniej. I nie chodzi tutaj tylko o jej niezmieniający się wygląd. Piwo podaje nam Christina, która ma wieeeelkie aspiracje zostać... hmm, no właściwie kim? Ponoć, to nie jest klub ze striptizem, wyższej sztuki taneczno-wokalnej również tam nie uświadczymy... A zarżnięcie Diamonds are a girl best friend już w 10 minucie filmu pogłębiło moje rozczarowanie na tyle, że miałam szczerą ochotę odpuścić sobie ten film. Ale nie, przezwyciężyły kwestie ekonomiczne.

Burlesque, która miała być perełką wśród szajsu Manhattanu, baśnią ze spełniającymi się marzeniami i cudami rodem z Kany Galilejskiej (takie opinie krążą wśród egzaltowanych nastoletek - przeglądałam fora ;)) okazała się nudna, pretensjonalna, niezwykle kiczowata i zwyczajnie... sztuczna. Czyli nic nowego jeśli chodzi o dzisiejsze produkcje muzyczne. O ile jeszcze w jakimś Step up można sobie popatrzeć jak ładnie tańczą, to Burleska oferuje nam tylko i wyłącznie półnagie kobiety, które niestety robią za tło dla fatalnych układów tanecznych i śmiesznie wykreowanych popisów wokalnych Aguilery (która bądź co bądź, ale głos jakiś posiada). I to mnie też zastanawia, po jakie licho miałoby powstać takie miejsce jak Burleska? Skoro nie jest to rewia, klub nocny ani burdel, to po co inwestować kasę w beznadziejne stroje sado-maso i dziewczyny z talentem, ale bez Talentu?

Najciekawsi są aktorzy drugoplanowi: Cam Gigandet i Kristen Bell, choć ich obecność na planie sprowadza się do peanów zachwytu nad obiema wyżej wymienionymi artystkami. Inaczej jest ze Stanyey'em Tucci, który nieważne kim jest ani co gra - sceny z nim są pełne uroku i realizmu (nawet te absurdalne).

Film furory nie zrobi, bo jest zwyczajnie słabiutki, począwszy od obsady, przez scenariusz a skończywszy na kostiumach rodem z sex shopu. I nie ma się czemu dziwić, historia jakich w kinie wiele - ona młoda i zdolna ucieka z prowincji do wielkiego miasta i niemalże z marszu udaje jej się znaleźć pracę w wymarzonym miejscu. Oczywiście droga do sukcesu okupiona jest mozolną pracą i całą listą wyrzeczeń, podczas których nie ma czasu ani głowy do układania sobie życia prywatnego. Mężczyzna ze snów znajduje się oczywiście sam. Biedna, uciemiężona i poniżana przez szefa(ową) i koleżanki z pracy zatraca się w dążeniu do perfekcji i wyczekuje tylko momentu, aby objawić swoje prawdziwe ja. Kiedy nadarza się okazja, ubiera się jak zdzira i robi wielkie show. Oczywiście wszyscy są zachwyceni, bo jakżeby inaczej? Znacie to? Jak mówiłam, nic nowego.

Nie wiem jakim sposobem Steve Antin (reżyser i scenarzysta) z tak wielkiego niczego próbował wyprowadzić ten film na jako takie przedstawienie dla podnieconych gimnazjalistek. Coś tam mu się chyba udało, chociaż zupełnie nie rozumiem dlaczego do Złotej Maliny została nominowana Cher? To jakieś nieporozumienie, bo na jej miejscu winna być Christina. I dupa ten, kto się ze mną nie zgodzi.

Podobno takiego kina już się nie robi. I dzięki Bogu.

13 stycznia 2011

Rabbit Hole/Między światami (2011)

Chyba w każdej kobiecie tkwi strach o swoją kobiecość; o to czy spełni się jako żona i matka a jednocześnie pracownik na pełny etat. Ale czy tylko? Wiele kobiet zdaje sobie sprawę ze swej niedoskonałości polegającej na bezpłodności; z dzikiej możliwości braku akceptacji ze strony środowiska; ze swojego ciała, które może okazać się bezdusznym pogromcą marzeń o idealnej rodzinie.



Becca (Nicole Kidman) w Rabbit Hole nie ma takiego problemu - jest wzorową matką i żoną, jednocześnie odnoszącą sukcesy w pracy. Do czasu. Do czasu aż nieostrożny nastolatek potrąca autem małego Danny'ego. Świat wali się w gruzy, cały świat współczuje i żałuje, tylko... co z tego? Rozpacz nie jest mniejsza nawet o odrobinę, pustki w domu nic nie jest w stanie wypełnić, ale czas leczy rany. Czas potrafi zaleczyć niemal wszystko prócz serc ludzi, którzy ulgi nie chcą do siebie dopuścić. Corbett'owie zatracają się w codziennej samotności coraz bardziej, starając się uporządkować życie popadają w jeszcze większą rozpacz i niezrozumienie. Jak labirynt bez wyjścia.

Oddalając się znajdują sposób na ból. Każde na swój sposób próbuje odreagować stratę - Howie (Aaron Eckhart)chodząc na spotkania grupy wsparcia, gdzie coraz bardziej zbliża się do koleżanki z terapii a Becca odnajdując sprawcę wypadku, Jasona. Dzięki temu poznaje lepiej i jego i siebie.

Film Johna Camerona Mitchell'a i Davida Lindsay-Abaire'a nie jest filmem nieskomplikowanym. Nawet temat coraz częściej poruszany przez filmowców nie jest wyczerpany. Historia dwojga ludzi zatraconych w ogromnym smutku nie jest czymś, co nudzi, co sprowadza temat utraty dziecka do banału, po który sięgają desperaci marzący o nominacji Akademii Filmowej. A rola Nicole Kidman z pewnością oscarowa jest, mimo że wciąż jeszcze nie pozbyła się jadu kiełbasianego ze swojej twarzy ( a może zwyczajnie się czepiam, od lat zakochana w Satine z Moulin Rouge)

Rabbit Hole porusza te struny, o których na co dzień nie myślimy. Budzi nieświadomy lęk "a co jeśli i mnie to spotka?" Jak się uchronić przed tym, skoro tak naprawdę uchronić się nie da? Jak pogodzić się ze stratą dziecka i jak iść do przodu? Tego z filmu się nie dowiemy. Panowie Mitchell i Lindsay-Abaire nie bawią się w moralizatorów ani bożków kina. Nie podają na tacy prostych odpowiedzi na trudne pytania, nie dywagują nad wielkością straty. Oni tylko pokazują ludzi takimi jakimi są - złamanymi na pół. Jedni się podnoszą a inni nie, nie ma recepty na szczęśliwe życie. Jest tylko szansa, że ten ból kiedyś się stępi i będzie można o nim zapomnieć choć na chwilę. A to ważne według mnie. Jeśli nie masz nic, istotne jest małe coś, dzięki czemu uda się poskładać puzzle swojego życia.

22 listopada 2010

Śniadanie do łóżka


Karolak, Adamczyk, Socha i Kuna pod okiem Krzysztofa Langa podają sobie śniadanie. Do łóżka. Łóżko jak łóżko, byle było nowobogacko i jak to w polskim kinie – nieco nierealnie. A wygląda to tak: utalentowany kucharz, którego gra Karolak w ciągu dosłownie kilku chwil traci niemal wszystko – poczynając od pracy, przez pieniądze aż po ukochaną kobietę, która czyści konto i wybywa z Francuzem. W związku z tym, że biednemu zawsze wiatr w oczy wieje, to i Karolak chcąc nie chcąc trafia na okładkę poczytnego pisemka swojej byłej. Szczęściem w nieszczęściu zostaje popularną i rozchwytywaną gwiazdką, z czym radzi sobie raz lepiej raz gorzej. Niby lepiej, bo i pracę znalazł i realizuje się, i na dodatek nieco szaloną kobietę poznaje. A dzięki radom najlepszego kumpla wie, że ma na kogo liczyć w każdej sytuacji.

Zwariowany zakręt życiowy, rywalizacja dwóch zakochanych kobiet, męska przyjaźń i wreszcie (uwaga!) humor. Śmiem twierdzić, że jest to pierwszy polski film, który nie jest reklamowany jako „komedia wszechczasów” i też pewnie dlatego tą komedią jest. Bez pustych sloganów i agresywnej promocji. To urocza komedia [romantyczna], której smaczku nadaje wątek kulinarny i nieporadni bohaterowie. Ale nie oczekujmy po tym filmie intelektualnych dysput, problematyki i drugiego dna. Nie spodziewajmy się mistrzowskich kreacji aktorskich, bo tylko Adamczyk wybija się przed szereg. Ale jeśli szukamy nieskomplikowanej rozrywki na jesienny wieczór to ten film jest w sam raz.

26 września 2010

Cicho. I ciemno.

„Black” w reżyserii Sanjaya Leela Bhansali nie jest filmem nowym. Nie jest też filmem topowym, promowanym w mediach na wszelkie sposoby. Nie jest filmem z hollywoodzką obsadą filmową. Jest natomiast filmem, nad którym warto się pochylić.

Bollywoodzka produkcja z 2005 roku, która zdobyła 13 nagród Filmfare (odpowiedniki amerykańskich Oskarów) zachwyca prostotą efektów, tak pożądanych dziś przez młodych widzów ery 3D. Zachwyca również fakt, że naprzeciw tej prostoty stoi wspaniale rozbudowana fabuła- remake amerykańskiego filmu „The Miracle Worker”- czyli problematyka stawiająca takie kino nieco wyżej niż typowe amerykańskie a nawet indyjskie produkcje, gdzie najważniejsza jest albo miłość albo zemsta. „Black” opowiada historię dziecka uwięzionego w świecie ciemności i ciszy; dziecka, któremu rodzice na znak akceptacji choroby przywiązali dzwoneczek do pasa, by zawsze mogli wiedzieć gdzie jest. Dramatyczne losy małej Michelle pewnego dnia splatają się z losami Debraja Sahar, nauczyciela „od cudów”. Ich pierwsze spotkanie nie jest łatwe- fruwające po całym domu talerze, krzyki odbijające się echem od ścian i niewyobrażalny strach przerażonego dziecka. Strach niemalże wyczuwalny przez widza.

Ale „Black” to również film o nieprawdopodobnej więzi przyjaźni między obcym nauczycielem-alkoholikiem a małą, dziką dziewczynką, której bliżej do zwierzątka niż dziecka bawiącego się lalkami.

Mistrzowska gra pary głównych aktorów: Rani Mukherjee i Amitabha Bachchana nie pozostawiają wątpliwości, że są idealnymi osobami wybranymi do tego filmu. Filmografia obojga jest długa i szeroka, ale oglądając ten film, ma się wrażenie, że nie są tylko błyskotkami, „zapychaczami” ekranu. W pełni świadomi obowiązku i problematyki swoich postaci zupełnie im się oddają, tworząc niezapomniane kreacje i współtworząc niezwykły film, który naprawdę warto obejrzeć.

12 września 2010

Nieśmieszny interes

Korzystając z możliwości zakupu biletów za pół ceny wspólnie z Małżonkiem wybraliśmy się na Święty interes. Podekscytowani medialną promocją, nazwiskami aktorów zaangażowanych do produkcji, samą ideą i jak słyszeliśmy świetną fabułą, w ostatni sobotni wieczór zrobiliśmy kulturalno-rozrywkowy interes.



Film zaczyna się śmiercią Gustawa Rembowskiego (Bogdan Słomiński)- lokalnego rzeźbiarza. Gustaw ten osierocił dwóch synów: Leszka od lat żyjącego na emigracji (Piotr Adamczyk) i hazardzistę Jana (Adam Woronowicz). Pogrążeni w smutku synowie udają się do notariusza w celu odczytania testamentu. Wracają pogrążeni w jeszcze większym smutku, gdyż okazuje się, że ojciec zostawił im rozwalającą się stodołę a w niej starą Warszawę M-20. Schody zaczynają się w miejscu, gdy za sprawą cioci Olesi (Anna Łopatowska) bracia dowiadują się, że owa uciążliwa Warszawa należała kiedyś do biskupa Wojtyły...

Zbieg najdziwniejszych zdarzeń, odarcie z tapety ułudy polskiego społeczeństwa i ukazanie jego przywar, wad i niedoskonałości, które w ostatnim czasie stały się tak widoczne za sprawą krzyża pod Pałacem Prezydenckim i (niestety) tragedii smoleńskiej. Święty interes zdaje się być odpowiedzią na polską polskość Polaków, tolerancję, religijność (kolekcjonowanie relikwii niczym nakrętek po wodzie mineralnej), wszędobylski patriotyzm i oczywiście sąsiedzką życzliwość. Również dobór obsady nie wydaje się przypadkowy- Człowiek, który został papieżem i Papież, który pozostał człowiekiem a także Popiełuszko mieli podnieść świadomość poprzez swoje wcześniejsze role.

Czy podnieśli? Cóż, takie nazwiska na plakacie gwarantują pełne sale kinowe. A co my otrzymujemy w zamian? Duet bez ładu i składu; postacie, które nie mają czasu się rozwinąć; dialogi pisane na kolanie, tylko miejscami zabawne i to raczej dzięki samym sytuacjom... I to dziwi, bo przecież reżyser Maciej Wojtyszko dał się poznać jako bardzo dobry obserwator ludzkich zachowań, słabostek i psychiki (chociażby Ogród Luizy). Niestety Święty interes okazał się ani nie taki święty, ani tym bardziej śmieszny. Film, który w zamyśle miał być komedią, ba! który należy do kategorii KOMEDIA, komedią nie jest. Obok komedii nawet nie stał. Film okazał się niedopracowany, komercyjny aż do bólu i kręcony szybko, byle jak. I taki też się okazał.

O muzyce lepiej słowa nie powiem, bo zwyczajnie wstyd.

Nie będę się zachwycać, ani roztkliwiać tym, jak wspaniale się bawiłam. Nie da się tylko zaprzeczyć, że filmowy wiejski ciemnogród naprawdę istnieje i to w większych metropoliach. O czym naocznie się przekonujemy.

Wyszliśmy z kina zawiedzeni i nienasyceni. Gdzież podział się ten tak szumnie zapowiadany film roku? Cóż, może następnym razem. Nie polecam.

10 sierpnia 2010

Jodhaa Akbar. Księżniczka i cesarz

Boziu aż wstyd się przyznać... Pierwszy raz zobaczyłam ten film jakiś tydzień temu... No wstyd. Wstyd jak nic! Ja, bollymaniaczka zupełnie odpuściłam sobie Jodhaa Akbar... I to czemu? Bo Hrithik w głównej roli! Wiem wiem, to żadne wytłumaczenie, ale cóż ja poradzę na ogólną niechęć do tego pana? Nie każdy musi się zachwycać plastikowym, zrobionym na stalowe monstrum facetem, który przy okazji jest aktorem.

Cóż, gwoli sprawiedliwości, to takim najgorszym aktorem nie jest. Można wręcz pokusić się o stwierdzenie, że jest całkiem przyzwoitym aktorem, a przyzwoitość tą z wiekiem i doświadczeniem nabywa. Nie to, żeby jakoś specjalnie wyróżniał się w Jodhaa Akbar, ale po tym filmie spojrzałam na niego nieco przychylniejszym okiem. Czego nie mogę powiedzieć o miss Aishwaryi Rai...o przepraszam, Bachchan, bo na cudowne olśnienie aktorskie w jej wykonaniu to już nawet nie liczę. Ma tę Paro na koncie i niech jej to będzie sukcesem.

Wracając do Jodhaa Akbar- po naszemu Księżniczka i cesarz. To czego nie mogę odmówić tej produkcji to z całą pewnością ogromnych środków finansowych przeznaczonych na realizację, co widać w każdej scenie i każdej sekundzie filmu, i fenomenalnej wręcz ścieżki dźwiękowej. O taak, muzyka jest zdecydowanie najmocniejszym punktem tego przedsięwzięcia a to za sprawą niejakiego A.R. Rahmana znanego choćby nawet ze ścieżki dźwiękowej dla Slumdoga czy Elizabeth: Złoty wiek.

Mała próbka możliwości Rahmana- co razem z niesamowitym układem tanecznym daje wprost fenomenalny efekt.

Księżniczka i cesarz to historyczna epopeja opowiadająca o ważnym okresie Indii. Bohaterem filmu jest Akbar Wielki, jeden z najważniejszych władców z dynastii Wielkich Mogołów panujący w latach 1556-1605. Wojownik, który zjednoczył kraj i znacznie poszerzył jego terytorium. Mecenas sztuki, choć sam miał problemy z czytaniem. Muzułmanin, który propagował tolerancję religijną.* To już nawet brzmi nieprawdopodobnie, a co dopiero, gdy się to ogląda!

Jak to bywa w takich produkcjach, fakty mieszają się z fikcją i legendami, więc tak do końca nie wiemy, gdzie zaczyna się a gdzie kończy prawda historyczna. Trzeba jednak przyznać, że Ashutosh Gowariker stworzył kolejne po Lagaan dzieło, które zarobi ogromne pieniądze. Choć, co dziwne, Księżniczka i cesarz jest filmem niezwykle konserwatywnym i poprawnym. Dziwne, gdyż nie patrząc na hinduską Radę Filmową, której niewiele potrzeba, by odrzucić film ze względów obyczajowych, to jednak Bollywood produkuje coraz więcej filmów anty. A ten? Cóż, podejrzewam, że gdyby nie topowi aktorzy, ogromny budżet na promocję, to ten film zwyczajnie zaginąłby wśród wielu jemu podobnych. Choć trzeba przyznać, że sceny batalistyczne i efekty specjalne są na najwyższym poziomie i chyba jedynie przez to zostawia konkurencję daleko w tyle.

Oczywiście problematyka tego filmu nie wychodzi poza sztampowe ramy filmów bolly- najważniejsza jest tu miłość. Najpierw był ślub, na którym ona płakała, bo męża nie chciała. Potem, gdy zaczęła chcieć, to już on jej nie chciał, więc znów płakała. Gdy tak płakała i płakała, to on jednak stwierdził, że ją chce i aż się popłakał na myśl. Wobec czego zdobył ją na nowo i płakali oboje.

I to tyle. Ugrzeczniony, poprawny politycznie i obyczajowo film, który zarobił miliony rupii na zachodzie, bo nawet Hindusi na nim przysypiali, więc inni już nie szli. A ścieżkę dźwiękową można przecież kupić osobno.

20 maja 2010

Ridley Scott: Robin Hood

Ridley Scott nie chce powielać historii banity, nie staje w szranki z legendą Księcia złodziei. Zamiast tego tworzy własny początek legendy.

Początek bardziej prawdopodobny niż wszystkie do tej pory. Dzisiejszy Robin Hood w niczym nie przypomina tego z 1991 roku z Kevinem Costnerem w roli głównej. Robin Hood w ciele Russela Crowe'a jest starszy (45 letni Crowe ponoć stosował konieczną dietę i sporo czasu spędzał na siłowni; opłacało się drogie panie ;)) bardziej awanturniczy, honorowy i znacznie bardziej przypomina mężczyznę z krwi i kości. Mężczyznę charyzmatycznego, ale i uczciwego, który poprzez swoje decyzje i czyny zostaje wyniesiony niemalże na piedestał doskonałości. I wiemy jak kończy- to znamy z wszystkich innych wersji Robin Hooda. Ale tutaj Robin jest zwykłym łucznikiem, który pojawia się tam, gdzie nie powinien i widzi to, co dla jego oczu przeznaczone nie było. Więc jako obrońca słabszych, a przede wszystkim honorowy facet, postanawia spełnić obietnicę daną konającemu sir Robertowi Loxley (Max von Sydow). I zaczynają się kłopoty.

Ridley Scott skupia się na ukazaniu jak najbardziej prawdopodobnej historii, gdzie Ryszard Lwie Serce (Danny Huston) nie jest chodzącą doskonałością, ale ceni swoich żołnierzy za siłę, walkę i szczerość... O ile jest to szczerość pasująca jemu samemu. Brat Ryszarda- Jan (Oscar Issac), okazuje się być człowiekiem zupełnie nieprzygotowanym na przejęcie korony i obowiązków za tym idących; to człowiek słaby, zakochany w sobie, a jedyne co go interesuje, to uciechy cielesne. Jest mdły podobnie jak szeryf z Notthingham, który miał być przecież wyjątkowo złym charakterem. Cóż, nie był. Zresztą jedyny zły charakter, zdrajca Godfrey (Mark Strong), też taki zły nie jest, bo nie dali mu się wykazać. Nie wiem, może powycinali sceny z nim...

Natomiast Marion (Cate Blanchett)... Wielkie dzięki dla reżysera, że ta Marion to bardzo żywa, energiczna i z dozą sarkazmu kobietka. Twarda, silna (gdzie miejscami jej siła przekracza granice absurdu) i gotowa na wszystko. Świetna kreacja Cate Blanchett, która dała Marion dużą dawkę swojej kobiecości, tak by nie zrobić z niej herod-baby, a jedynie kobietę dumną i walczącą o swoje. Chociaż muszę przyznać, że nie mam pojęcia po co ona wybrała się na tych Francuzów, po co zrobiła to co zrobiła? A ta końcówka ostatniej sceny batalistycznej wywołuje raczej zażenowanie niż ciepło na sercu.

Mocniejszym punktem filmu są z pewnością sceny zdecydowanie rubasznej "wesołej gromadki" Robina, która wpada do Nottingham i robi tam jedną wielką imprezę z fantastyczną irlandzką muzyką, miodem pitnym braciszka Tucka (Mark Addy) i cóż, swawolą, której tak bardzo potrzebują kobiety już od wielu lat pozbawione męskiego towarzystwa...

I właśnie ta muzyka, ten klimat porwał mnie najbardziej. Zdecydowanie ścieżka dźwiękowa mogłaby zasługiwać na Oscara, gdyby nie nasuwający się od pierwszej chwili pomysł plagiatu. Ja wiem, Ridley Scott i Russel Crowe = Gladiator, ale na miły Bóg, Robin Hood to zupełnie inna postać, inna historia, więc po co wzorować się na nim i na siłę wprowadzać tam Lisę Gerrard? Nieładnie. I zupełnie niepotrzebnie.

Ale tak, muzyka i zdjęcia, które kręcono w Londynie, Derbyshire, Bourne Woods, Farnham, Virginia Water, w studiach Shepperton, w lesie Sherwood (Anglia, Wielka Brytania) oraz we Freshwater West (Walia, Wielka Brytania), to zdecydowanie najmocniejsze strony tego filmu. Chociaż jeśli nie wspomnę o dialogach to będzie mnie sumienie gryzło. Dużą zasługą świetnych, zabawnych dialogów jest nie oszukujmy się, rewelacyjna gra aktorska. Czy na miarę Oscara? Moje typy nigdy nie zgadzają się z opinią Akademii, więc powiem tylko, że warto wybrać się na ten film. Żadne tam stracone 148 minut! Dobra zabawa, piękne sceny, pierwszorzędnie dobrana obsada aktorska. I to wszystko w otoczeniu lasów Sherwood.

Aha, i co ważniejsze, Robin nie jest świętym, który zabierał bogatym i dawał biednym. Jest facetem, który musi z czegoś żyć. Ot i tak kończą się mity ;)

19 kwietnia 2010

Karan Johar, Nazywam się Khan

Nazywam się Khan to dość odważne posunięcie Karana Johara*, który coraz bardziej odchodzi od rodzinnych tradycji kręcenia typowo prorodzinnych produkcji. Jego najnowszy film, podobnie jak poprzedni (Kabhi Alvida Na Kehna/Nigdy nie mów żegnaj)porusza problemy, które w Indiach wciąż są tematem tabu, jak rozwód czy zdrada małżeńska. Tym razem Karan pokazuje życie zwykłego, mieszkającego w Stanach Zjednoczonych Muzułmanina po ataku na WTC w 2001 roku.

Bardzo mądre dialogi, miejscami zabawna i miejscami dramatyczna fabuła, wartka akcja. Ale nie tylko. Karan Johar niczym stary wyjadacz i twórca, sądzę że nie będzie nadużyciem z mojej strony, jeśli powiem, że jednych z największych przebojów kina hinduskiego- doskonale wie, jak robić kasowe produkcje. Wystarczą tylko dwa nazwiska: Shah Rukh Khan i Kajol Devgan- Bóg Indii i Pierwsza Diva Kina Bollywood.

Złośliwi mówią o Shah Rukhu, że to aktor czterech min, skaczący w rytm muzyki i obracający w złoto wszystko, czego dotknie. Cóż, nie można odmówić mu charyzmy, która przyciąga do niego tłumy, ale nie można też odmówić talentu, który sądzę, że z roku na rok uwidacznia się coraz bardziej pod wpływem coraz lepszych ról. W Nazywam się Khan gra Rizwana Khana, Muzułmanina cierpiącego na syndrom Aspergera**.

Już w dzieciństwie, mama nauczyła Rizwana, że ludzie dzielą się na dobrych i złych. Tylko tyle. I aż tyle. Po śmierci mamy, Rizwan wyrusza do Stanów Zjednoczonych, gdzie mieszka jego brat. Uroczo prostolinijny i szczery, nieporadny, cierpiący na brak akceptacji i nie ufający nikomu, nie może odnaleźć się w nowym świecie, który ma być lekarstwem na biedę, nudę i lenistwo. Przypadkiem poznaje pochodzącą z Indii Mandirę, matkę samotnie wychowującą syna i jak to zwykle bywa, zakochuje się w niej. Ich szczęście burzy atak na WTC. Jak mówi sam Rizwan: "Świat dzielił się na dwie grupy: przed naszą erą i nasza era. Teraz doszła trzecia- po 11 września." Zbiorowa nienawiść do wszystkich Muzułmanów, poszczególne ataki, rozboje, kradzieże, pobicia... Dlaczego? Przecież mama mówiła, że ludzi nie dzieli się na nacje...

11 września długo zbierał swoje plony, zabrał również Saamera, syna Mandiry... "Syna terrorysty", ale przecież Rizwan nie jest terrorystą. Postanawia spotkać się z prezydentem i mu to powiedzieć. Właśnie to: "Nazywam się Khan i nie jestem terrorystą".

Nazywam się Khan to film o podróży, o poszukiwaniu prawdy. Ale to nie jest film o poszukiwaniu samego siebie. Bohater Karana Johara doskonale wie kim jest. Bez półśrodków, zbędnych wyjaśnień i fałszu. Jest sobą. Mężczyzną, który dla ukochanej kobiety zrobi wszystko. Ojcem, który śmierć syna definiuje na swój sposób. Człowiekiem, który jest dobry, bo zwyczajnie właśnie taki jest.

Dwie i pół godziny. Piękna muzyka, choć brak teledysków. Bohaterowie to ludzie żyjący w normalnym świecie, wycięci z bajek o księżniczkach i pałacach, jak w przypadku Kabhi Khushi Kabhie Gham/Czasem słońce, czasem deszcz. Mądry, poruszający film. Czy trzeba go obejrzeć? Nie wiem, ale na pewno warto.

* Karan Johar- producent, reżyser, aktor. Do filmów angażuje swoich najlepszych przyjaciół: Shah Rukh Khana i Kajol, z góry wiedząc, że każda produkcja z nimi to murowany hit.
** Syndrom Aspergera- /za Wikipedią/ całościowe zaburzenie rozwoju mieszczące się w spektrum autyzmu.

19 marca 2010

Trick

Adamczyk, Chyra, Więckiewicz, Dziędziel i Trela. Najlepszy kryminał ostatnich lat. Ponoć. Ja tam nie wiem, wygodnie rozwalona na ramieniu przyszłego małżonka zachwycałam się dwuosobową lożą w przedostatnim rzędzie... A tak bardziej merytorycznie:) :

Trick, czyli męskie spojrzenie na otaczającą nas rzeczywistość. Sam film jest interesujący; dobrze napisane dialogi, inteligentny humor, ciekawe kreacje aktorskie... Gwoli ścisłości: świetny Chyra (Major), który jak zawsze kradnie (tym razem) Adamczykowi show. Na deser Karolina Gruszka, która nie wiedzieć czemu przyjęła rolę Eli- infantylnej, średnio-rozwiniętej nimfomanki, która nic nie chce wiedzieć, nie potrzebuje żadnych wyjaśnień... Ot, kocha bez zastrzeżeń. Jej przeciwieństwem jest Jowita (Agnieszka Warchulska)- bezkompromisowa dziennikarka, dla której prawda jest najważniejsza; prawda i zemsta. Obie ładne, uzdolnione i sprowadzone do roli mebli w tym filmie. Szkoda.

Fabuła prosta, łatwiutka do przewidzenia, chyba właśnie dlatego, że taka... życiowa. Nic czego nie obserwowalibyśmy na co dzień w TV ze świata polityki i biznesu. Taki misz masz w reżyserii Jana Hryniaka. Cała problematyka sprowadza się do walki złego z gorszym, ale wahałabym się zestawiać Adamczyka z Chyrą. Może raczej Chyrę z Więckiewiczem, chociaż ten nie mógł w pełni rozwinąć swoich skrzydeł i w dalszym ciągu kojarzy mi się tylko z rolami idiotów.

Natomiast Piotr Adamczyk? Jak zawsze bezbłędny. Razem z Marianem Dziędzielem w roli Profesora stworzyli naprawdę mocny duet. A w połączeniu z "kolegami spod celi" Erykiem Lubosem i parającym się magią Bartkiem Topą są jedyni w swoim rodzaju. Dorzućmy do tego Łukasza Simlata uciekającego od Adama z Brzyduli i mamy pierwszorzędną komedię. Szkoda tylko, że zakończenie takie... przewidywalne w tej sztuczce filmowej.

Jednakowoż warto się wybrać, bo i czemu nie? Doceniajmy polską kinematografię, póki ją mamy... nawet jaką mamy ;)