Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Oscar. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Oscar. Pokaż wszystkie posty

13 stycznia 2011

Rabbit Hole/Między światami (2011)

Chyba w każdej kobiecie tkwi strach o swoją kobiecość; o to czy spełni się jako żona i matka a jednocześnie pracownik na pełny etat. Ale czy tylko? Wiele kobiet zdaje sobie sprawę ze swej niedoskonałości polegającej na bezpłodności; z dzikiej możliwości braku akceptacji ze strony środowiska; ze swojego ciała, które może okazać się bezdusznym pogromcą marzeń o idealnej rodzinie.



Becca (Nicole Kidman) w Rabbit Hole nie ma takiego problemu - jest wzorową matką i żoną, jednocześnie odnoszącą sukcesy w pracy. Do czasu. Do czasu aż nieostrożny nastolatek potrąca autem małego Danny'ego. Świat wali się w gruzy, cały świat współczuje i żałuje, tylko... co z tego? Rozpacz nie jest mniejsza nawet o odrobinę, pustki w domu nic nie jest w stanie wypełnić, ale czas leczy rany. Czas potrafi zaleczyć niemal wszystko prócz serc ludzi, którzy ulgi nie chcą do siebie dopuścić. Corbett'owie zatracają się w codziennej samotności coraz bardziej, starając się uporządkować życie popadają w jeszcze większą rozpacz i niezrozumienie. Jak labirynt bez wyjścia.

Oddalając się znajdują sposób na ból. Każde na swój sposób próbuje odreagować stratę - Howie (Aaron Eckhart)chodząc na spotkania grupy wsparcia, gdzie coraz bardziej zbliża się do koleżanki z terapii a Becca odnajdując sprawcę wypadku, Jasona. Dzięki temu poznaje lepiej i jego i siebie.

Film Johna Camerona Mitchell'a i Davida Lindsay-Abaire'a nie jest filmem nieskomplikowanym. Nawet temat coraz częściej poruszany przez filmowców nie jest wyczerpany. Historia dwojga ludzi zatraconych w ogromnym smutku nie jest czymś, co nudzi, co sprowadza temat utraty dziecka do banału, po który sięgają desperaci marzący o nominacji Akademii Filmowej. A rola Nicole Kidman z pewnością oscarowa jest, mimo że wciąż jeszcze nie pozbyła się jadu kiełbasianego ze swojej twarzy ( a może zwyczajnie się czepiam, od lat zakochana w Satine z Moulin Rouge)

Rabbit Hole porusza te struny, o których na co dzień nie myślimy. Budzi nieświadomy lęk "a co jeśli i mnie to spotka?" Jak się uchronić przed tym, skoro tak naprawdę uchronić się nie da? Jak pogodzić się ze stratą dziecka i jak iść do przodu? Tego z filmu się nie dowiemy. Panowie Mitchell i Lindsay-Abaire nie bawią się w moralizatorów ani bożków kina. Nie podają na tacy prostych odpowiedzi na trudne pytania, nie dywagują nad wielkością straty. Oni tylko pokazują ludzi takimi jakimi są - złamanymi na pół. Jedni się podnoszą a inni nie, nie ma recepty na szczęśliwe życie. Jest tylko szansa, że ten ból kiedyś się stępi i będzie można o nim zapomnieć choć na chwilę. A to ważne według mnie. Jeśli nie masz nic, istotne jest małe coś, dzięki czemu uda się poskładać puzzle swojego życia.

9 stycznia 2011

Black Swan (2010)

Darren Aronofsky nie lubi łatwych filmów. Nie lubi miałkich filmów o niczym, ale z tragizmem w niedalekim tle. On nawet nie lubi filmów, które uwielbiają widzowie. Za nagrodami też chyba nie przepada, co wnioskuję widząc jego niechęć do typowo oscarowych produkcji. Paradoksalnie jego Czarny łabędź oscarowy jest. Jest też globowy, niedźwiedziowy, feliksowy i jaką by nagrodę jeszcze nie wymyślił.



Black Swan jest filmem perfekcyjnym o idealnie budowanym napięciu. Dramatyczny, niezwykle emocjonalny a przy tym nietracący niczego ze swego lekkiego humoru. Jednocześnie jest obrzydliwy i paranoiczny. W żaden sposób nie jest ani przegadany ani zdominowany przez sceny baletu. One są raczej niczym czekolada na torcie a nie mdląca masa w środku. Równowagi w proporcjach nadaje Natalie Portman - oszpecona ze swego uroku do granic możliwości. Takie anorektyczne monstrum rzuca nam Aronfsky na pożarcie. Ale Portman w niczym nie przypomina psychodelicznej baletnicy, Niny cierpiącej na brak osobowości i zdziecinnienie. Pomóc jej wyjść z matczynego kokonu ma zupełne jej przeciwieństwo, czyli niegrzeczna do bólu Lily (Mila Kunis), która wręcz magnetyzuje mrocznym seksem.

Wraz z upływającym czasem obserwujemy przemianę Niny. Ale ta przemiana nie jest wywołana jej dojrzewaniem emocjonalnym spowodowanym niebezpieczną znajomością z Lily a raczej dążeniem do perfekcjonizmu wymuszonym przez Mistrza granego przez Vincenta Cassela. Nina wie, że sukces zapewni jej jedynie rozdwojenie jaźni i nie wiem czy nie chodzi tutaj właśnie o dosłowność terminu. Musi być jednocześnie dobra, pełna uroku i uwodzicielska, niegrzeczna i zdeterminowana. Zdeterminowana jest, to pewne, ale przez to traci cały urok i powab młodej, ślicznej dziewczyny. Staje się maszyną grającą rolę "tej dobrej".

W tej historii bezsprzecznie zachwycają mnie trzy rzeczy:
1. Sama Natalie Portman
2. Niezwykła naturalność środowiska, wywołana sposobem kręcenia zdjęć (brawa dla nieocenionego Matthew Libatique'a)Dzięki temu odnosi się wrażenie, że jest to bardziej dokument obrazujący ciekawe wydarzenie bądź zjawisko, niż film psychologiczny. Widz ma wrażenie, że jest w środku akcji a nie zaledwie ją obserwuje poprzez pośrednie urządzenie.
3. Muzyka. Prawdę mówiąc nie wiem, czy w jakikolwiek obiektywny sposób jestem w stanie opisać to co zrobił dla tego filmu Clint Mansell. Muzyka jest tutaj zarówno dopełnieniem tragizmu jak i osobnym zapisem wydarzeń, który słuchany bez obrazu jest odrębną historią tego samego filmu.

Na ścieżkę dźwiękową do Czarnego łabędzia składa się 16 utworów, m.in.: Nina's Dream z czołówki, A New Swan Quenn z castingu, czy Perfection ze sceny końcowej. Nie brakuje tutaj typowo baletowych aranżacji bogatszych o wściekłe dźwięki pełnej orkiestry symfonicznej, która idealnie oddaje emocje towarzyszące widzom.

Black Swan nie jest filmem lekkim i przyjemnym. Jest to kino dla wymagającego widza. Wymagającego i cierpliwego, który na refleksję zdobędzie się po czasie pełnym namysłu i oswojeniu się z obrazem Aronofsky'ego. Polecam szczególnie miłośnikom muzyki filmowej i problematyki psychiatrycznej obdartej z lukru ładnych obrazków.